Umrzeć by nie zginąć


Autor: Tadeusz Markowski




Noor przedzierał się powoli przez kłębowisko lian, jadowitych paproci i śmiertelnych insektów w stronę obozu. Mimo swoich wyważonych i wolnych kroków spieszył się. Po prostu dżungla nie tolerowała nieostrożnych. Każde przyspieszenie kroku mogło doprowadzić do przeoczenia któregoś z tysiąca niebezpieczeństw, jakie czekały na nieuważnych. Najgłupsze, co można było zrobić w dżungli, to zacząć biec. Najszczęśliwsi dobiegali, co najwyżej, na odległość połowy lotu strzały.
Noor mimo to postanowił zaryzykować i przyspieszył kroku na tyle, na ile pozwalał mu instynkt samozachowawczy Łowcy. Miał przeczucie, że coś ważnego wydarzy się dzisiaj w obozie. Nie wiedział skąd bierze się to przeczucie, ale ufał mu. Nigdy go jeszcze nie zawiodło.
Nagle stanął w miejscu, czujnie nasłuchując. W otaczających go zaroślach coś się kryło. Wiedział o tym. Nie próbował nawet zgadnąć, co to mogło być. Po co? W dżungli trzeba najpierw działać, a dopiero potem zastanawiać się. Powoli obrócił się w stronę czającego się niebezpieczeństwa i napiąwszy mocno łuk zamarł nieruchomo, oczekując ataku. Przez cały czas modlił się w myślach, żeby to nie był algor. Algor latał i to była jego najstraszliwsza broń. Gorsza nawet niż jego jadowite pazury czy potężna paszcza uzbrojona w potrójny garnitur kłów. Algor przedzierał się na swoich krótkich łapach przez dżunglę i w momencie, kiedy wpadał na swoją ofiarę, gwałtownie podrywał się do góry nad nieszczęśnika, żeby po chwili spaść na niego jak kamień i zanurzyć jadowite pazury w jego ciele. Rzadko kto zdążył strzelić i trafić w gardło, które było jedynym nie ochronionym miejscem tego potwora.
Noor stał wciąż nieruchomo. Nagle z gęstwiny wypadł olbrzymi kodar - podobna do tygrysa bestia z krokodylowatym pyskiem. Noor odczekał chwilę, aż kodar otworzy swoją wielką paszczę - zawsze tak atakował. Dopiero kiedy można było zobaczyć dno gardzieli potwora wysłał swoją strzałę, uskakując gwałtownie w bok. Było to szalenie ryzykowne, ale nie chciał przypłacić tego pojedynku ranami zadanymi przez zęby martwego stwora. Wolał ryzykować. Udało mu się. Przez chwilę patrzył na leżące u jego stóp cielsko, uśmiechając się pogardliwie. Kodary były szalenie głupie.
Był już najwyżej o trzy strzały z łuku od obozu, kiedy po raz drugi wyczuł coś niezwykłego. Rozejrzał się uważnie wokół siebie, ale nie wyczuł żadnego bezpośredniego zagrożenia. To musiało być coś innego. Spojrzał z kolei na niebo. Tylko gdzieniegdzie tkwiły delikatne nitki chmur. Poza tym nic. Nagle dostrzegł daleko czarny punkcik przybliżający się z dużą szybkością. Co to może być? Porusza się zbyt szybko jak na samolot. Samoloty, to były olbrzymie stworzenia, których długość przekraczała nawet wysokość najwyższych drzew w dżungli. Bardzo niebezpieczne. Latały zawsze w grupach po pięć, sześć i nie było przed nimi żadnej obrony. W tej okolicy zdarzały się jednak szalenie rzadko. Tymczasem obiekt przybliżył się na tyle, że Noor mógł dokładniej przyjrzeć się jego kształtom. Był to dziwny aparat o kształcie podobnym do samolotu, ale o wiele mniejszy. Był cały czarny, tylko w przedniej części miał jakby złote obicie, w którym odbijało się słońce. Poruszał się bezszelestnie. Po chwili zniknął zupełnie z pola widzenia. Noor jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Aparat musiał niewątpliwie pochodzić z Czarnej Wieży. Jego dziadek opowiadał mu za życia, że w czasach swojej młodości często widywał takie pojazdy, które czasami lądowały w obozach. To było jednak bardzo dawno. Prawie sto pięćdziesiąt lat temu.
Gdy dotarł wreszcie do obozu, zorientował się od razu, że zaszło coś szalenie ważnego. Opiekun przywdział bowiem swój strój rytualny, składający się z dziwnej, obcisłej tkaniny, przylegającej dokładnie do ciała. Z daleka wyglądało jakby Opiekun był nagi. Cały ten dziwny kostium był czarny jak wieże. Na ołtarzu leżał świeżo upolowany kodar, podobny do tego, którego Noor zastrzelił przed chwilą. Ołtarz, postawiony tu w niepamiętnych czasach, był czarną skrzynką ustawioną na dziwnie powyginanym, przezroczystym postumencie. Nikt nie wiedział kto i kiedy go tu przyniósł i postawił. Nawet Opiekun. Po prostu odkąd ich plemię zamieszkiwało ten teren, ołtarz zawsze tu był. Teraz cały mienił się kolorowymi światełkami wypływającymi magicznym sposobem z jego powierzchni. Bóg musiał się mocno gniewać na nich. Opiekun stał na czele całego plemienia przed ołtarzem i śpiewał pieśń przebłagania. Noor przyłączył się w milczeniu do reszty współplemieńców i jak oni rzucił się na ziemię, przykrywając kark złączonymi rękoma. Nagle głos Opiekuna zamilkł. Noor ostrożnie uniósł głowę, żeby zobaczyć, co się stało. Ołtarz przybladł. Na jego powierzchni widać było jedno tylko światełko w kolorze czerwonym. Nic się jednak nie stało. Tkwił, jak wszyscy, nieruchomo na ziemi jeszcze długą chwilę zanim wreszcie usłyszał głos Boga wydobywający się z ołtarza:
- Niechaj wszystkie kobiety i mężczyźni do dwudziestej wiosny stawią się jutro o wschodzie słońca u stóp Czarnej Wieży. Taka jest wola Herstha.
Głos zamilkł. Wszyscy leżeli jeszcze długo na ziemi, bojąc się poruszyć. Wreszcie Noor podniósł ponownie głowę. Ołtarz był ciemny jak zwykle. Powoli wszyscy dostrzegli to samo co on. W końcu Opiekun dał znak, żeby się podnieśli. Noor podniósł się wraz z innymi, ale nie mógł się otrząsnąć z szoku, w jaki go wprawiła usłyszana wiadomość. Więc Czarne Wieże są jednak zamieszkane. Mimo że od prawie 150 lat nikt nigdy nie dostrzegł żadnych śladów życia. Noor usłyszał stłumione szepty wokół siebie. Wszyscy powtarzali z przejęciem usłyszaną nowinę. Słychać było coraz głośniejszy płacz kobiet. Starcy mówili, że w czasach, kiedy żyli ich dziadowie, takie głosy odzywały się często z ołtarza i że nigdy ci, którzy weszli do Czarnej Wieży nie powrócili z niej do swoich plemion. Jedni twierdzili, że wszyscy oni zginęli, inni zaś, że żyją do dziś w szczęściu, bo Wieże te są siedzibą Herstha. Tych ostatnich było jednak mniej.
* * *
Noor stał, jak inni, u stóp Czarnej Wieży. Po raz pierwszy widział ją z tak bliska. Wydawało mu się, że sięga ona nieba. Obok niego stało jeszcze trzydziestu współplemieńców. Czekali już od godziny.
Dokładnie z ukazaniem się pierwszych promieni słońca mur przed nimi drgnął i bezszelestnie ukazało się olbrzymie wejście. W głębi był korytarz.
- Wejdźcie - usłyszał głos, wydobywający się jakby z powietrza. Przez chwilę nikt się nie poruszył. Stali tak bojąc się nawet drgnąć. Głos ich nie ponaglał. Wreszcie Noor zebrał się na odwagę i przekroczył próg. Wewnątrz było tak jasno, jak na powietrzu. Noor obejrzał się i zamarł z podziwu. Wewnątrz nie było żadnego muru. Widać było dżunglę. Nad nim unosiło się niebo. Noor opanował swój chwilowy strach. W końcu, w siedzibie Boga, musiały istnieć cuda, jakich nie widział nikt ze śmiertelnych. Po chwili nie był już sam. Reszta, zachęcona jego przykładem, również zdecydowała się na przejście zaklętego dla nich progu.
- Idźcie - rozkazał ten sam co poprzednio głos i jednocześnie otworzył się przed nimi korytarz skąpany w czerwonym świetle. Ruszyli powoli. Wtedy Noor usłyszał jakiś chrobot. Obejrzał się. Tam, gdzie poprzednio było wejście dalej widać było dżunglę, ale przysiągłby, że wrota zostały zamknięte. Nie mieli już odwrotu. Noor instynktownie napiął mięśnie. Był znów Łowcą, tylko że tym razem musiał stawić czoło nie dżungli a Hersthowi.

* * *
Pet zaklął po raz setny w przeciągu ostatniej godziny pokładowej. Setny raz również jego kod wywoławczy utonął w przestrzeni bez odpowiedzi. Nagle poczuł, że nie jest już sam w sterowni.
- Anna! - pomyślał bez entuzjazmu.
- Dziczejesz - odebrał w odpowiedzi. - Przyszłam tutaj, bo nie mogłam wytrzymać twoich przekleństw.
- Od kiedy to jesteś taka delikatna?
- Od zawsze.
- Czyżby? - Pet przez chwilę skupiał się, by nagle wtargnąć znienacka w jej pamięć wewnętrzną. Zanim zastosowała blokadę mentalną zdążył jeszcze wyłowić część potwornej kłótni, jaką miała na Hildorze z Ogazą - wiceprzewodniczącym Rady Głównej Planety.
- Świnia!
- Mam powtórzyć dla przypomnienia?
- Następnym razem zogniskuję w tobie całe pole.
- Nie zrobisz tego - odparł, choć wiedział, że nie jest to wcale takie pewne. Musiała to zresztą odebrać, bo tylko wzruszyła pogardliwie ramionami i nadała:
- Spróbuj!
- Chciałem ci udowodnić, że nie ma sensu robić z siebie świętoszki. Nie do twarzy ci z tym.
- Ty już się przyzwyczaiłeś do swej podłości.
- Ty też nie zasiadasz w Radzie tylko dlatego, że cię tak wszyscy lubią.
- Cyniczna świnia - powiedziała na głos - na dodatek pozbawiona cienia skrupułów - dodała już w myślach.
- Daj spokój! - Pet nagle zdał sobie sprawę z głupoty ich kłótni. - Musimy się wziąć w garść. Jesteśmy u celu.
- Masz rację - odparła - co wcale nie zmienia mojego zdania o tobie.
- Zachowajmy więc swoje opinie i pomyślmy, co teraz zrobić? Ziemia milczy.
- Lecimy dalej. Po to tu przylecieliśmy.
- Sprawdź wskazania czujników! - Pet był znów spokojny.
- To chwilę potrwa. Bądź cierpliwy i nie klnij!
Nie odpowiedział na zaczepkę.
- Naprawdę mnie to denerwuje - dodała Anna po dłuższym milczeniu.
- Przepraszam!
Przez te trzysta lat podróży zdążyli się z Anną znienawidzić, jak to jest tylko możliwe u ludzi, ale jednocześnie Pet zdawał sobie sprawę, że połączeni zostali ze sobą na zawsze. Tym silniej, że obydwoje byli telepatami i jedno cały czas wiedziało, co czuje drugie. Dla nich słowa były ubogim narzędziem dobrym dla dzikusów. Nawet teraz, mimo że zasadniczo wymieniali konkretne myśli, obydwoje odbierali jednocześnie całą masę innych wrażeń, niemożliwych do opisania zwykłymi słowami. To się po prostu czuło albo nie. Oni to czuli.
Tymczasem na głównym monitorze komputer zsyntetyzował wskazania przyrządów. Zasadniczo wszystko się zgadzało. To znaczy było dziewięć planet - tyle, ile powinno być. Tylko że przestrzeń wewnątrzukładowa byłą absolutnie pusta. Żaden z przyrządów nie wykrył najmniejszego nawet statku kosmicznego. To było nienormalne. Przecież w Układzie powinno być rojno, jak dawniej na autostradzie.
- Minęło trzy tysiące lat od naszego startu. Nie zapominaj o tym. - Anna oczywiście doskonale wyczuła jego myśli. To było to, co ich tak łączyło.
- Masz coś?
- Duże źródła energii na Marsie, Ziemi i Wenus. Stacja na orbicie Plutona. Może zatrzymamy się tam na chwilę?
- Nie podoba mi się to milczenie. Wyślemy sondę.
- Włącz ekran ochronny - Anna również zrobiła się nagle strasznie ostrożna.
- Przez trzy tysiące lat mogli się nauczyć przebijać dowolny ekran - odparł Pet naciskając jednocześnie dźwignię bezpieczeństwa, uruchamiającą pełną osłonę "Feniksa". - Co z sondą? - zainteresował się po chwili.
- Gotowa do startu.
- Pal!
- To jeszcze nie wojna. Nie wczuwaj się tak w rolę.
Tymczasem sonda zbliżała się szybko do stacji na Plutonie. Pet z Anną obserwowali dziwne kształty tego tworu, które w niczym nie przypominały stacji, do jakich byli przyzwyczajeni. Przede wszystkim brak w niej było jakiejkolwiek platformy lądowniczej. Tak, jakby nie była przystosowana do przyjmowania rakiet.
- Może to stacja automatyczna? - pomyślał Pet.
- Czujniki wskazują, że są tam ludzie - odparta Anna.
- Nadałaś nasz kod?
- Cały czas emituję.
- Jakie było zadanie tej stacji za naszych czasów? - Petowi przyszła nagle do głowy nowa myśl.
- Kontrola podejść do Układu Słonecznego.
- Może oni nas biorą za Obcych.
- Bzdura. W byle jakim rejestrze mogą sprawdzić, że nasz statek to "Feniks".
- Chyba że nie używają już takich statków.
- Pozostaje jeszcze kod. Te wielkie anteny przecież do czegoś służą.
Sonda zbliżyła się na odległość stu kilometrów od Stacji. Wtedy właśnie Pet zauważył, że stracili nad nią wszelką kontrolę.
- Zawróć ją. Natychmiast!
- Za późno - Anna jeszcze przez chwilę mocowała się z urządzeniem awaryjnego sterowania sondy.
- Mogę ją zniszczyć - przypomniała.
- Zostaw.
Przez chwilę nic się nie działo. Obydwoje odbierali tylko swoje uczucia. Przeważał w nich lęk pomieszany z rozczarowaniem.
- Lecimy trzysta lat, aby otrzymać od nich pomoc, a tymczasem czuję się jak intruz - Anna pierwsza wyraźnie sformułowała to, co myśleli obydwoje.
- Przygotuj meldunek na Hildora - polecił sucho Pet. - Prześlij wszystkie zapisy, jakie nagromadziliśmy.
- Myślisz, że już zbudowali drugiego "Feniksa"?
- Nie wiem, ale powinni wiedzieć to wszystko, co my teraz wiemy.
- Co ty knujesz? - zapytała Anna - od kiedy zrobiłeś się taki lojalny?
- Nie wygłupiaj się.
- Ostrzegam cię, że wyślę ten meldunek do wszystkich członków Rady.
- Nie przeszkadza mi to.
- Co robimy? - zapytał Pet po krótkim milczeniu.
- Lecimy na Ziemię - odparła Anna z dziwną zawziętością. - Jeśli ta historia z sondą miała być ostrzeżeniem, to pokażemy im, że nie boimy się.
- Zgoda, ale wprowadzimy maleńką poprawkę. Zaprogramuj komputer na niszczenie wszystkiego, co jest mniejsze od rakiet patrolowych używanych przed naszym startem, a co znajdzie się w odległości mniejszej niż milion kilometrów od "Feniksa".
- Nie tak wyobrażałam sobie nasz powrót - pomyślała Anna programując komputer.
- Niech szlag trafi tego, kto zechce się do nas zbliżyć w jakiejś łupinie - Pet czuł się znów, jak za dawnych czasów kolonizacji Hildora.
- Nie gadaj tyle - nadała Anna - prowadzisz wielki krążownik, a nie szalupę kosmiczną.
Pet wydusił z "Feniksa" wszystko, co dało się wydusić w tak zaśmieconym układzie, jak słoneczny. Dostało się przy tym paru asteroidom, które roznieśli po drodze w pył. W zamian za to drugiego dnia byli na orbicie okołoziemskiej. Nikt nie próbował im wchodzić w drogę.
- Dżungla? - Obydwoje patrzyli w zdumieniu na rozciągający się pod nimi krajobraz.
- Co mówią czujniki?
- To samo. Obecność ludzi i źródeł energii.
- Widzę tylko dżunglę. Może budują miasta pod ziemią?
- Najbliższe źródło energii znajduje się w okolicy równikowej - wyjaśniła Anna.
- Może być równik - odparł, manewrując ostrożnie "Feniksem" we wskazanym kierunku.
Po paru minutach oczom ich ukazała się olbrzymia czarna wieża. Musiała mieć około trzech kilometrów wysokości i ze dwa kilometry średnicy.
- Czegoś takiego nigdy tu nie było - zauważył zdumiony Pet.
- Wciąż zapominasz, że minęło trzy tysiące lat.
- Lądujemy tu, czy obejrzymy resztę?
- Polatajmy sobie najpierw.
Odkryli w sumie trzysta wież na całej planecie. Znakomita większość znajdowała się w okolicy równika. Wszystkie były podobne do siebie jak dwie krople wody.
- Kod pozostaje wciąż bez odpowiedzi - przypomniała Anna.
- Daj spokój z tym kodem. To bez sensu.
Nagle w głośniku usłyszeli jakiś chrobot. Anna błyskawicznie przełączyła nadajnik na największe zasilanie, podczas gdy Pet włączył wszystkie urządzenia odbiorcze. Chrobot nie powtórzył się jednak. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Wreszcie Pet się zdecydował. Stanowczym ruchem wziął mikrofon do ręki.
- Halo Ziemia, tu "Feniks". Wracam ciągiem awaryjnym z Plejad. Wystartowałem w roku 3522 z trzydziestoosobową załogą na pokładzie. Wracam z dwoma osobami. Proszę o namiar do lądowania. - Przez chwilę czekał na odpowiedź, ale ponieważ nic się nie działo, nadawał dalej:
- "Feniks" do Ziemi. Zostałem zaatakowany przez stację na Plutonie, żądam wyjaśnień.
- Trudno powiedzieć, żebyś był szczery - Anna zaśmiała się złośliwie. - Członek Rady Hildora ma wreszcie godnego siebie przeciwnika.
- Ty również potwierdziłaś swoje zalety jako członek tej samej Rady - przypomniał jej.
Wreszcie z głośników odezwał się ludzki głos, przerywając zaczynającą się sprzeczkę.
- Tajna Rada do "Feniksa". Czekajcie na dotychczasowej orbicie na namiar. Wiemy o Plutonie. Wszelkie wyjaśnienia zostaną wam udzielone po lądowaniu. Cieszymy się z waszego powrotu.
- Mów do mnie jeszcze o swojej radości - Anna najwyraźniej zaraziła się od Peta podejrzliwością.
- Poczekamy trochę.
- Nadaj komunikat na Hildora - przypomniała mu.
Potem obydwoje siedzieli otuleni blokadą mentalną, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.

* * *
Loop leciał z najwyższą szybkością do Centrum. Zdarzyło mu się to, czego się zawsze obawiał. Statek galaktyczny w obrębie Układu. Ostatni raz naciął się na coś takiego Hop II, tysiąc lat temu, kiedy wróciła Druga Wyprawa na Syriusza. Wracali na "Jedności", z opóźnieniem dwustu lat. Wszyscy już zdążyli ich pochować. Hop II zostawił dokładne sprawozdanie z tej historii w Kronice Rady. O ile Loop przypominał sobie, trzeba było podjąć drastyczne kroki w stosunku do załogi, która nie mogła pogodzić się z Wielką Zmianą.
Teraz ten "Feniks". Brak o nim jakichkolwiek danych w Kronice. Historycy zdążyli tylko sprawdzić, że jest to statek klasy galaktycznej, zbudowany prawdopodobnie trzy tysiące lat temu. Baza na Plutonie przekazała, że chodzi o jednostkę o napędzie podświetlnym typu dziewięciu dziewiątek po zerze.
- Skąd oni wracają po tylu latach? - pomyślał lekko zaniepokojony. Mówią, że z Plejad, ale przez tyle lat mogli równie dobrze dotrzeć o wiele dalej.
Tymczasem widać już było gołym okiem olbrzymią wieżę Centrum. Wylądował od razu na poziomie ośrodka lotów. Wysiadając, stwierdził, że cała Tajna Rada czekała już na niego.
- Strach ich obleciał - przemknęło mu przez myśl.
- Cześć, Loop - powitał go Nazon.
- Gdzie oni są? - zapytał omijając konwenanse.
- Na orbicie - odpowiedziała Lara.
- Macie z nimi kontakt?
W odpowiedzi Lara kiwnęła głową w kierunku pulpitu łączności, przy którym siedział Bor, czwarty i ostatni członek Rady.
- Kazałem im czekać na orbicie - odezwał się Bor, obracając się wraz z fotelem w ich stronę.
- Mówiłem, żeby poczekać na mnie - Loop z trudem opanował złość.
- Trzeba było powiedzieć tym z Plutona, żeby zostawili ich w spokoju - wtrąciła się Lara - zabrali im sondę.
- Przelecieli cacy Układ jak wariaci, niszcząc po drodze wszystko, co im weszło w drogę - poparł ją Nazon.
To zmieniało oczywiście sytuację. "Feniks" postanowił sobie wylądować na Ziemi i jak widać nie miał zamiaru dać się zatrzymać czemukolwiek.
- Trzeba było wprowadzić na ich pokład nasze grupy kontaktowe - powiedział Loop.
Włączyli jakieś dziwne pole ochronne, przez które me możemy się przebić - tym razem odezwał się Bor.
Loop postanowił nie przeciągać struny. Cała trójka miała najwyraźniej własną koncepcję załatwienia tej sprawy. Moment był nieodpowiedni, żeby doprowadzać do jakichkolwiek napięć w łonie samej Rady.
- Co proponujecie?
- Dać zezwolenie na lądowanie i zobaczyć, co to za jedni - odpowiedział Nazon. - Doszliśmy do wniosku, że oni mogą nam się przydać.
- Lecieli trzy tysiące lat - wtrąciła Lara - tego nikt jeszcze nie dokonał.
Loop uspokoił się trochę. Reszta miała te same obawy co i on. Miał tylko nadzieję, że nie wynikną z tego żadne kłopoty. Wielka Zmiana była wciąż w powijakach.
- Każ im lądować na zapasowym kosmodromie - polecił Borowi. - W jakim stadium jest Nabór? - zapytał Larę.
- Wszyscy są w wieżach.
- Lećmy więc ich przywitać.

* * *
- Ziemia do "Feniksa". Dajemy wam namiar. Do lądowania za dwadzieścia minut - przerwał im medytacje ten sam głos co poprzednio.
Anna pierwsza ocknęła się z zamyślenia. Sprawnymi ruchami włączyła odpowiednie sekcje, potrzebne przy całej operacji. Przez chwilę zawahała się nad dźwignią wyłącznika ochrony.
- Zostaw - zdecydował Pet - czujniki meldowały o próbach przebicia się przez pole ochronne. Lepiej, nie ryzykujmy.
- Meldunek na Hildora już poszedł, niczym nie ryzykujemy.
- Dotrze do nich dopiero za 250 lat. Nie mam zamiaru przejść do historii jako męczennik Sprawy.
- Zdrowo myślisz - zgodziła się Anna.
- Przejmij namiar - rzucił sucho Pet - skończyła się zabawa.
Namiar doprowadził ich w pobliże jednej z wież. Znajdował się tam kosmodrom. Maleńki, akurat na jeden statek typu "Feniks". Teraz był pusty.
Wylądowali jak na ćwiczeniach. Elegancko. Nawet nie zapalili dżungli, rozciągającej się wokół. Przez chwilę trwali w milczeniu. Nie tak wyobrażali sobie swój powrót. Za bardzo przypominał zwiad na terytorium wroga.
- Ktoś powinien po nas przylecieć - pomyślała Anna.
- Koniec z telepatią - odezwał się na głos Pet - od tej pory mówimy jak oni.
- Zgoda.
Przez chwilę nic nie mówili, wpatrując, się w milczeniu w obraz roztaczający się przed ich oczyma.
- Chciałabym się wykąpać w jakimś strumieniu - powiedziała z rozmarzeniem w głosie Anna.
- A ja w morzu. Takim prawdziwym słonym morzu.
- Potem wyturlalibyśmy się w piasku i śpiewali.
- Czemu śpiewali? - zaoponował Pet - ja nie umiem śpiewać.
- No to ja bym śpiewała.
- A potem byśmy się kochali - stwierdził autorytatywnie Pet.
- Z tobą? - zapytała z goryczą.
- Oczywiście, przecież bylibyśmy sami.
W tym momencie ukazał im się spory pojazd bez skrzydeł, o wyglądzie spodka.
- Nie wiem, czy miałabym na to ochotę - odpowiedziała Anna, wskazując jednocześnie na pojazd, który właśnie wylądował jakieś 50 metrów od "Feniksa".
- Uciekniemy im - powiedział z przekonaniem Pet.
- Blokada! - usłyszał nagle głos Anny w swoich myślach. Znowu przeszła na telepatię. Nie bardzo wiedział, co się stało, ale natychmiast zastosował blokadę mentalną. W ostatniej chwili. Ktoś próbował wedrzeć się w jego myśli. Pole było jednak bardzo słabe. Przez chwilę udawał, że się poddaje, żeby wyczuć przeciwnika. Ten jednak nie zorientował się w fortelu. To by znaczyło, że nie umiał stosować blokady. Po prostu całą swoją siłę stosował do wdarcia się w ich myśli. Był to bardzo prymitywny rodzaj telepatii. Pet znudził się wreszcie zabawą z niewidocznym przeciwnikiem i przesunął dźwignię pola ochronnego do maksimum. Obcy nie potrafił oczywiście przebić się przez pole.
- Spokój - mruknął, śmiejąc się z lekceważeniem.
- Zdradziliśmy się przed nimi.
- Skądże, powiemy im, że pole wzmocnił komputer - powiedział Pet włączając jednocześnie radio.
- "Feniks" do Ziemi. Lądowanie zakończone. Odnotowaliśmy próbę przebicia się przez nasze pole ochronne. Żądamy wyjaśnień.
- Ziemia do "Feniksa" - odezwał się natychmiast znany już głos. - Potwierdzam lądowanie. Przepraszamy za zamieszanie. Próbowaliśmy skontaktować się z wami telepatycznie.
- "Feniks" do Tajnej Rady. Mówi Pet, dowódca "Feniksa". Proszę o połączenie mnie z waszym szefem.
- Szef Tajnej Rady Loop do Peta, czemu nie wychodzicie? - odpowiedział natychmiast inny głos. Ostry, beznamiętny, przyzwyczajony do wydawania rozkazów.
- Słuchaj, Loop - odezwał się Pet po krótkim milczeniu - zostałem zaatakowany na Plutonie, potem na Ziemi coś próbowało przebić się przez moje pole ochronne. Mówisz, że to telepatia. Może. Nie znam się na tym. Czy możesz dać mi gwarancję, że nic nas nie zaatakuje po opuszczeniu pokładu?
- Żądasz dziwnych rzeczy.
- Po prostu nie gestem pewien, czy panujesz nad sytuacją. Przyjmując oczywiście założenie, że jesteśmy tu mile widziani.
- Rozumiem. Rzeczywiście masz podstawy, żeby tak sądzić - odpowiedział Loop z odcieniem, jak się wydawało Petowi, uznania. - Jeżeli to cię uspokoi, to mogę ci zagwarantować, że jesteś mile widziany na Ziemi i że nic ci z naszej strony nie zagraża. Dowodem tego niech będzie fakt, że w tej chwili oczekujemy na wasze wyjście z "Feniksa" w grawilocie, stojącym tuż obok was.
Pet spojrzał na Annę. Przez chwilę obydwoje wahali się. W końcu Anna podniosła się zdecydowanie z fotela.
- Nie będziemy tu przecież tkwić wiecznie - powiedziała.
- Wychodzimy, Loop - odezwał się Pet po krótkim zastanowieniu. - Uprzedzam cię, że zostawiamy pole ochronne włączone i ktokolwiek, prócz załogi, będzie próbował je sforsować, zmusi "Feniksa" do obrony.
Po chwili znaleźli się w śluzie wyjściowej. Broń zostawili na miejscu. I tak nie byłaby przydatna, a do indywidualnej obrony mieli pola.
- Witaj, domu rodzinny - mruknęła Anna na widok krajobrazu, który im się ukazał po otwarciu drzwi śluzy.
Stali przez chwilę w windzie, upajając się zapachem dżungli i świeżego powietrza.
- Dość sentymentów! - odezwał się wreszcie Pet. - Zjeżdżamy.
- Nie sądziłam, że się tak rozkleimy - mruknęła Anna.
- Trzy tysiące lat - odpowiedział jej Pet - to w końcu kawał czasu.
Tymczasem od strony grawilotu zbliżało się do nich czworo ludzi. Wszyscy ubrani byli na czarno, w długie, luźno zwisające tuniki. Jedyną ozdobą były ciężkie łańcuchy zawieszone na szyi. Dopiero kiedy się zbliżyli, można było zauważyć niezgrabne pierścienie zdobiące palce wskazujące prawej ręki.
- Jakaś mania czerni - pomyślał Pet.
- Kiepska komedia - mruknęła Anna.
Nie dane im było jednak kontynuować tej ciekawej dyskusji, bo witający zbliżyli się do nich na odległość jakichś trzech metrów i zatrzymali się, przyglądając się im uważnie. Loop stał pośrodku, po jego lewej stronie stanęła Lara, obok niej Bor, a po prawej stronie Loopa - Nazon. Odruchowo przyjęli oficjalny porządek. Bor był namiestnikiem Tajnej Rady na Europę, Lara na Azję, Nazon na Afrykę. Loop natomiast, jako szef całej czwórki, sprawował kontrolę nad obydwoma Amerykami. Po dłuższej chwili milczenia przedstawili się wreszcie Petowi i Annie.
- Zapraszamy was do Centrum - odezwał się Loop. - Tam przygotowaliśmy wam kwaterę.
- Centrum? - zdziwiła się Anna.
- To ta wieża, która znajduje się w pobliżu - wyjaśniła Lara.
Drogę do Centrum spędzili w milczeniu. Loop prowadził osobiście grawilot. Pet obserwował uważnie jego automatyczne ruchy. Nie miał z pewnością wiele do roboty, ale Pet potrafił wyczuć na kilometr dobrego pilota. Nie ulegało wątpliwości, że Loop był dobry. Poza tym był groźny, a nawet niebezpieczny. Pet wyczuł to z łatwością. Nie było przecież łatwo zostać członkiem Rady Hildora i utrzymać się w niej przez tyle wieków. Stanowisko to wymagało doskonałego wyczucia przeciwników.
Zerknął na Annę i wiedział, że jej ocena była taka sama. Pozostali byli również groźni, ale Pet miał wrażenie, że potrafi się z nimi uporać. Kiedy spojrzał ponownie na Annę mógłby przysiąc, że mimo blokady mentalnej, jaką obydwoje stosowali, Anna prowadzi telepatyczną rozmowę. Skupił się i ostrożnie włączył się w jej myśli.
- Miała rację - pomyślał z satysfakcją. - Nareszcie mamy godnego przeciwnika.
Okazało się, że Anna podsłuchuje rozmowę, jaką prowadzą między sobą ich przewodnicy. Telepatycznie! Pole było równie prymitywne jak to, które próbowało sforsować osłonę "Feniksa". Rozmowa była za to ciekawa. Pet nie odważył się, co prawda, czytać w ich myślach, bo byłoby to zbyt ryzykowne, ale i tak konwersacja była szalenie pouczająca.
- Co o nich sądzicie? - pytał Loop.
- Kłamią - odpowiedziała Lara. - W każdym razie coś ukrywają.
- Musimy dowiedzieć się czegoś więcej o tym locie "Feniksa".
- To jakaś eksperymentalna jednostka - stwierdził Bor.
- Na dodatek nie można czytać w ich myślach.
- Niewykluczone, że też są telepatami - zauważył Nazon.
- Nieprzenikalni zawsze istnieli - nadał Loop. Mamy rocznie do ośmiu takich przypadków. A co do telepatii, to nie sądzę. W tych czasach nikomu się o tym nie śniło.
- Poza tym wyczulibyśmy ich obecność - przypomniała Lara.
- Ciekawi mnie jednak, dlaczego nie potrafimy się z nimi połączyć. Dwójka Nieprzenikalnych w jednym statku, to trochę więcej niż zbieg okoliczności.
- Nawet dzisiaj załogi dobiera się spośród ludzi o tych samych cechach. To może się zdarzyć - zaoponował Bor.
- Nieprzenikalnych niszczymy natychmiast po wykryciu - upierał się Nazon. - Co zrobimy z nimi?
- Przestańcie wreszcie panikować - uciął dyskusję Loop. - Lecieli trzy tysiące lat. Zgoda. Jest to wspaniale osiągnięcie, ale nie zapominajcie, że siedzieli cały ten czas zamknięci w "Feniksie" i na dodatek w stanie anabiozy. Brakuje jeszcze, żebyśmy zaczęli ich uważać za nieśmiertelnych.
- Sam się ich boisz - odcięła się Lara.
- Czytałaś co pisał Hop II w Kronice?
- O Jedności? - upewnił się Nazon.
- Wtedy Wielka Zmiana dopiero się zaczynała - przypomniała Lara.
- Loop myśli o Kontestatorach - wtrącił się Bor.
Na nieszczęście, dyskusję przerwało pojawienie się Centrum. Loop osadził grawilot z maestrią, której mu pozazdrościł nawet Pet.
Przy wyjściu z pojazdu czekało na nich kilka osób w białych tunikach bez żadnych ozdób. Sądząc z oznak szacunku, jakim otaczano ich przewodników, musieli to być zwykli pracownicy Centrum.
- Zaprowadzicie naszych gości do części mieszkalnej i zostaniecie tam do ich dyspozycji! - rozkazał władczo Loop ludziom w białych tunikach. - Myślę, że chcielibyście teraz trochę odpocząć - dodał zwracając się do Peta i Anny.
- Z radością - odpowiedziała Anna.
- Zjawimy się niedługo u was - oświadczyła Lara. - Z pewnością macie wiele pytań.
Kiedy wreszcie znaleźli się w części mieszkalnej, która okazała się potężnym apartamentem złożonym z sześciu pokoi, poczuli zmęczenie. Napięcie parunastu ostatnich godzin zaczynało wreszcie dawać o sobie znać. Anna pierwsza rzuciła się na łóżko z westchnieniem ulgi.
Nareszcie będę mogła się porządnie wyspać - powiedziała.
- Niezły pomysł - odparł Pet.
- Do twarzy ci w tej tunice - zauważyła Anna.
Była to aluzja do ich nowych strojów. Gdy bowiem zostali zaprowadzeni do swojej kwatery, przewodnicy Loopa zaproponowali im zmianę kombinezonów na tutejsze tuniki. Obojgu przydzielono stroje w kolorze czarnym, jaki przysługiwał członkom Tajnej Rady.
- Tobie również, choć uważam ją za mało seksy - stwierdził Pet, przyglądając się ze sztuczną powagą Annie.
- Teraz lepiej? - zapytała, wysuwając jednocześnie nogę z fałdów spowijających jej ciało.
Pet uważnie przyglądał się tej nodze, wzniesionej wysoko ku górze. Anna miała, niestety, najpiękniejsze nogi spośród nóg, jakie znał. Niestety, bo potrafiła je wykorzystywać. Przekonał się o tym jeszcze na Hildorze. Jedynym mankamentem, jaki znalazł, był fakt, że przedłużenie tej nogi było nadal zakryte przez tunikę.
- O połowę lepiej - odpowiedział z grymasem.
- Tego ci brakowało? - zapytała Anna z kpiącym uśmiechem, wydobywając na światło dzienne również drugą nogę.
- O wiele gorzej! - Czemu?
- Pojawiły się nowe fakty, z których wynika, że obraz stał się jeszcze bardziej niekompletny.
- Nienasycony!
- Po prostu ciekawy - odpowiedział Pet - przybliżając się powoli do Anny.
I to, co miało się stać, stało się.
- Co o tym sądzisz zapytała Anna długo potem.
- O czym?
- Nie rób sobie specjalnych nadziei! - odparła, wywijając się z jego objęć. - To wszystko stało się tylko przez nasz powrót. Po prostu rozkleiliśmy się. Ale nie zmieniłam swojego zdania o tobie.
- Przyjąłem do wiadomości - odparł sucho - choć uważam, że nie należy zwalać wszystkiego wyłącznie na nasz powrót.
- Słuchałeś ich rozmowy? - zapytała telepatycznie Anna, tak jakby nie usłyszała ostatniej wypowiedzi Peta.
- Ty również.
- Myślisz, że słuchali nas? - zaniepokoiła się Anna.
- Prawie na pewno. Teraz pewnie sądzą, że zasnęliśmy.
- Ich telepatia jest bardzo prymitywna - stwierdziła z lekceważeniem.
- Na początku myśmy również nie mieli lepszych osiągnięć.
- Nie wiedzą nic o nas ani o Hildorze. Wszystko zapomnieli.
- To tylko kwestia czasu. Z pewnością mają jakieś archiwa. Założę się, że już w tej chwili ktoś tam siedzi i szuka.
- Myślisz, że pozwolą nam zajrzeć do dokumentów historycznych?
- Raczej tak. Tylko że że pewnością nasza interpretacja nie będzie po ich myśli! Tu się dzieje coś niedobrego. Te ich wieże, ludzie żyjący w dżungli! Ta pustka w przestrzeni!
- Co to była Wielka Zmiana? Kto to są Kontestatorzy? To są dwie rzeczy, których musimy się dowiedzieć jak najszybciej. Poza tym, dlaczego nas się boją? Co się stało z załogą owej "Jedności"?
- Daj spokój! - przerwał wreszcie tę wyliczankę Pet. - Trzeba poczekać na Loopa.
- Nie wiem, czy masz takie samo wrażenie - odezwała się Anna - ale sądzę, że ta cała Tajna Rada kłóci się ze sobą o wszystko.
- To może się nam kiedyś przydać - zgodził się Pet.
- Czy powiemy im o Hildorze?
- A jak sądzisz?
- Jeszcze nie czas.
- Więc im nie powiemy.

* * *
Loop siedział w swoim gabinecie wraz z Larą. Bor z Nazonem polecieli do Wieży Historyków szukać szczegółów lotu "Feniksa"
- Właściwie czemu ich się tak boisz? Dlatego, że są Nieprzenikalni? - zapytała Lara.
- Bo są obcymi w naszym świecie, a jednocześnie są ludźmi. To bardzo niebezpieczne połączenie. Hop II pozwolił załodze "Jedności" poruszać się po całej Ziemi i prawie natychmiast wybuchły zamieszki. Korn - dowódca statku - zaczął głosić, że Wielka Zmiana jest zbrodnią, a można żyć inaczej - tak jak żyło się za czasów Korna. To chwyciło wówczas i może chwycić również dzisiaj. Niech tylko dowiedzą się o "Feniksie" Kontestatorzy.
- Dzisiaj jesteśmy silniejsi niż za czasów Hopa II - zauważyła Lara.
- Nowych Ludzi jest o wiele mniej - przypomniał Loop. - To przez te wasze hasła: "Prawo do wiedzy dla całego gatunku" - dodał z nienawiścią.
- Nie zaczynaj wszystkiego od początku! - Lara sprężyła się jak kocica, gotowa własną piersią bronić swych pozycji. - Wiesz dobrze, że to było nieuniknione.
- Następnym krokiem będzie z pewnością prawo do teleportacji dla całego gatunku.
- Tego też nie unikniemy.
- Nie za mojego życia - stwierdził spokojnie Loop. O wiele za spokojnie.
- Nie kombinuj, Loop! - ostrzegła go Lara. - Jesteś sam.
- Za mną są wszyscy Nowi Ludzie.
- Gdybyś interesował się trochę więcej historią, wiedziałbyś, że nie można być tyranem bezkarnie.
- Mówisz jak Kontestatorzy.
- Nie sądziłam, że będziesz próbował tak miernych sztuczek - Lara wzruszyła pogardliwie ramionami.
- Po prostu ostrzegam cię.
- Przyjęłam do wiadomości. A co zrobimy z naszymi gośćmi?
- Myślałem, że możemy ich przyłączyć do Naboru.
- Oszalałeś! To jednak nie są dzikusy.
- Nie myślałem o pełnej transformacji - odparł. Loop uspokajająco.
- Więc o czym?
- Dzicy na początku otrzymują pełny zestaw wiadomości ogólnych plus wiadomości zawodowe, w zależności od wykrytych w testach zdolności. Dla nich proponuję to samo, ale bez zmiany ciał. W zamian wszczepimy im hipnotyczny zakaz wszczynania jakichkolwiek kroków przeciwko ustalonemu porządkowi i naszym osobom.
- Czysto i higienicznie! - Lara była raczej zadowolona z propozycji. - Nie sądziłam, że tyle jest w tobie wielkoduszności - dodała kpiąco.
- Ty dawałaś swoim wrogom jeszcze mniej szans - przypomniał jej Loop.
- Ty im nie dajesz żadnej.
- Ale przynajmniej nie zmuszam ich do biegu przez dżunglę.
- To nie był mój pomysł, tylko Nazona - odparła, wzruszając ramionami.
- Ale ty go wprowadziłaś w życie.
- Sam zakładałeś się z Borem, kto z nich dobiegnie najdalej.
- Dajmy spokój - mruknął Loop. - Ciekaw jestem, co Nazon i Bor odkryją w archiwum.
- Połącz się z nimi!
Przez chwilę trwała cisza, w czasie której Loop manipulował licznymi przyciskami swojego biurka, łącząc się z Wieżą Historyków. Wreszcie otrzymał połączenie.
- Nie mamy jeszcze właściwie nic - odpowiedział mu Bor. Wiemy tylko, że "Feniks był jednostką eksperymentalną i że jego lot miał być właściwie lotem próbnym. Poza tym jest tu odnośnik do jakiegoś Hildora. Ustaliliśmy, że był to genetyk z czasów ich odlotu. To wszystko.
- Więc nie mamy rzeczywiście niczego - podsumował Loop.
- Przeglądamy teraz działy medyczne i biologiczne.
- Sprawdźcie w raportach rządowych! - dorzuciła Lara.
- Co ty wiesz? - zainteresował, się nagle Loop.
- Nic. Zwykłe przeczucie.
- Chodźmy więc zobaczyć jak przebiega Nabór - rzucił Loop nie do końca przekonany o szczerości Lary.

* * *

Wuur siedział w sali kontrolnej i przyglądał się w milczeniu maszerującym dzikusom. Nienawidził ich, mimo że sam pochodził z Naboru. Był to jednak przedostatni Nabór, a Wuur był już dziesiątym pokoleniem żyjącym w wieżach. Tajna Rada na przykład wywodziła się z Nowych Ludzi, którzy pochodzili z tak dawnych Naborów, że praktycznie można było powiedzieć, że byli w prostej linii potomkami twórców wież.
Wuur westchnął z nostalgią. Marzenia o zostaniu Nowym Człowiekiem były niebezpieczne. Zwłaszcza, jeśli tak jak on, nie umiało się panować nad swoją telepatią. Linia Wuura otrzymała prawo do telepatii dopiero w poprzednim pokoleniu.
Tymczasem na ekranie pojawił się szczególnie wysoki dzikus, o spalonej słońcem skórze, nadmiernie rozbudowanych mięśniach, rozbieganym wzroku i tym szczególnym kroku, po którym natychmiast rozpoznawało się Łowców. Gdyby nawet Wuur nie zauważył tych wszystkich szczegółów, to i tak nie mógłby nie dostrzec potężnego łuku, który dzikus trzymał w lewym ręku.
- Tego mi brakowało - mruknął ze złością - łącząc się jednocześnie z dyżurnym psychologiem.
Łowcy prawie zawsze sprawiali kłopoty w procesie adaptacyjnym. Z reguły trzeba im było wymieniać osobowość.
- Jena - mruknął w mikrofon łączący go z psychologiem - mam Łowcę. Zezwól na depersonifikację.
- Zrobiłeś testy adaptacyjne? - usłyszał w odpowiedzi.
- Za kogo ona się uważa? - pomyślał ze złością. - Przecież wie, że Nabór dopiero się zaczyna.
- Wiesz dobrze, że nie zrobiłem - rzucił do mikrofonu, nie kryjąc rozdrażnienia. - Oni dopiero zbliżają się do sali adaptacyjnej. Mają dużego pietra i wloką się jak żółwie - dodał niezupełnie na temat.
- Zrób mu najpierw testy! - usłyszał głos Jeny.
- Przygotuj więc zestaw hipnotyczny! - warknął Wuur i rozłączył się.
To ostatnie było już czystą złośliwością, ponieważ zestaw hipnotyczny podlegał jemu, jako dyżurnemu technikowi. Jena była jednak dopiero dziewiątym pokoleniem i przez to stała niżej w hierarchii społecznej. Wuur nie bardzo wiedział, dlaczego udało się jej zajść wyżej niż jemu. Miał prawo rozkazywać osobom pochodzącym z późniejszych Naborów i postanowił to wykorzystać, bo Jena go zdenerwowała tym swoim idiotycznym pytaniem o testy.
- Wuur! Powtórz swoje polecenie na taśmę! - usłyszał ponownie jej głos w głośniku.
- Nie mam obowiązku się tłumaczyć takim jak ty - odpowiedział jej z całą złością, jakiej nabrał do niej w trakcie swoich rozmyślań.
- Twoje polecenie wykracza poza zakres moich obowiązków i nie mogę go przyjąć - odpowiedziała, bynajmniej nie wyprowadzona z równowagi. - Ponieważ jesteś dziesiątym pokoleniem, więc z uwagi na tradycję, jestem zmuszona je wykonać. Mam jednak prawo żądać potwierdzenia takiego polecenia na taśmie.
- Proszę bardzo - Wuur bardzo lubił wykazywać swoją wyższość każdemu - powtarzam. Zlecam ci przygotowanie zestawu hipnotycznego.
- Dziękuję. Przyjęłam.
Lekki trzask przełącznika oznajmił mu, że się wyłączyła. Spojrzał na ekran. Dzicy doszli tymczasem do sali adaptacyjnej i stali teraz zagubieni, nie wiedząc zupełnie, co robić. Wuur zaklął pod nosem. O mały włos przeoczyłby ten moment. Szybko wdusił przycisk uruchamiający roboty adaptacyjne. Po chwili na sali pojawiły się roboty człekokształtne, ubrane w stroje rytualne. Sprawnie rozpoczęły rozbieranie przybyszów. Kłopoty zaczęły się przy Łowcy, który nie chciał oddać łuku.
- Jak on się nazywa? - zapytał Wuur.
- Noor - odpowiedział mu robot, szamocząc się z niesfornym Łowcą.
- Uśpić - rozkazał Wuur, klnąc w myślach.
Jena oczywiście musiała robić te swoje testy, a on miał przez nią same kłopoty. Reszta dzikusów tymczasem rozpoczęła już układać się w pojemnikach adaptacyjnych. Bali się, ale jeszcze bardziej bali się zbuntować w najmniejszym nawet stopniu.
Nagle Wuur poczuł, że ktoś wszedł do sali kontroli. Był pewien że to Jena.
- Mówiłem, żebyś przygotowała zestaw hipnotyczny - powiedział z rozdrażnieniem, obracając się jednocześnie z fotelem w jej stronę.
To nie była jednak Jena, która w tym momencie włączyła się mówiąc, że zestaw hipnotyczny jest przygotowany i, że może zaczynać, kiedy zechce. Wuur próbował coś powiedzieć, ale po prostu nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. Przed nim bowiem stali Loop i Lara.
- Na Herstha! - przemknęło mu przez głowę - Tajna Rada.
- Kontynuuj program Naboru! - odezwał się Loop, jakby nie zauważył efektu, jaki ich wizyta zrobiła na techniku.
- Taaak, Czcigodny - wykrztusił Wuur, prawie po omacku wciskając przycisk uruchamiający właściwy proces adaptacyjny.
- Jeżeli pamiętam procedurę Naboru, przygotowanie zestawu hipnotycznego należy do dyżurnego technika - zauważyła bezosobowo Lara.
- Miałem kłopoty z Łowcą, który znalazł się w mojej grupie - odpowiedział niepewnie Wuur, czując jak pot zaczyna mu ściekać po całym ciele.
Był zły na siebie. Po jakiego diabła chciał koniecznie wykazać Jenie swoją wyższość?
Loop i Lara stali tymczasem nieruchomo. Poczuł z przerażeniem, że oboje czytają w jego myślach.
- Myślę, że się nadaje. Ambitny. Głupi. Prymitywny. Wysoce rozwinięty instynkt hierarchii. Nie umie samodzielnie myśleć - podsumował go w myślach Loop.
- Na tyle głupi, że może się potem wygadać - dodała Lara. - Może spróbować z tą Jeną?
- Nie, to dobry fachowiec. Myślałem nawet, żeby za parę lat przyłączyć ją do Nowych Ludzi odparł Loop.
- Co z nim zrobimy?
- Teraz będzie nam służył, a potem w dżunglę.
- Tylko nie mów, że to ja podsunęłam ci ten pomysł - odpowiedziała mu w myślach i już głośno dodała:
- Przygotuj dwa dodatkowe zestawy adaptacyjne z zestawem informatyczno - historycznym. Bez zamiany ciał.
- Tak jest, Czcigodna - usłyszała w odpowiedzi.
- Mam nadzieję, że po raz ostatni zdarza ci się zapominać o obowiązkach - odezwał się Loop. Gdyby nie Nabór, musiałbym cię usunąć. W tym wypadku daję ci szansę. A tego Łowcę potraktuj jak innych! Nie chcę słyszeć o żadnej depersonifikacji - dodał, znajdując się już w drzwiach.
Oboje wyszli, a Wuur przez długą chwilę nie był w stanie nic zrobić. Kiedy się wreszcie otrząsnął, połączył się z Jeną:
- Przygotuj dwa dodatkowe testy! - rozkazał. - Wiem - odparła i wyłączyła się.
- U niej widać też byli - pomyślał Wuur z odrobiną żalu. Przypomniało mu to, że nikt nie jest niezastąpionym na tym najlepszym ze światów.
* * *

Pet siedział w głębokim fotelu ustawionym w ich apartamencie i wpatrywał się w widok roztaczający się z okna. Dookoła królowało morze zieleni. Cudowna dżungla o fantastycznej roślinnoci, drzewach sięgających niekiedy stu metrów wysokości i kolorze liści zmieniającym się od zieleni aż po szkarłat. Z wysokości wieży widok był wspaniały, a nawet wzniosły. Czarna budowla musiała dla obserwatora z zewnątrz stanowić pomnik potęgi, władzy i pychy.
Z tej wysokości nie było widać, czy w dżungli ktoś mieszka, czy nie. Ale nawet z bliska nikt chyba nie byłby w stanie tego stwierdzić, bez odpowiedniej aparatury. Ta myśl wyrwała Peta z lekkiego rozmarzenia, w jakie wprawił go roztaczający się przed nim widok i ciepło prawdziwego słońca wpadającego przez ściany, które stały się przezroczyste po naciśnięciu kilku przycisków znajdujących się w pokoju.
Anna leżała na wielkim łożu bezwstydnie naga i opalała się. Twierdziła, że jeśli ściany są przezroczyste, to z pewnością przepuszczają ultrafiolet. Chyba miała rację, bo inaczej twarze wszystkich napotkanych dotąd osób byłyby blade jak papier. Fakt, że nie widzieli zbyt wielu z tych osób był do nadrobienia.
Pet przez chwilę przyglądał się Annie, która podłożyła sobie obie ręce pod głowę i z zamkniętymi oczyma wpatrywała się w niego. Nie był pewien, czy oczy jej są tak do końca zamknięte. Anna zaś, nieświadoma jego myśli, kiwała stopą, tak jakby bezdźwięcznie nuciła sobie jakąś piosenkę. Pet patrzył na ten widok z lekką nostalgią. Od ponad trzech tysięcy lat ziemskich i ośmiuset lat ich życia indywidualnego, nie zdarzyło im się wpaść w stan tak kompletnego odprężenia. Najpierw Ziemia i Hildor zmuszały ich do ciągłego napięcia, potem lot i awaria, wreszcie ponad czterysta lat kolonizacji Hildora i powrót na Ziemię. Cały ten czas był okresem napięcia, walki, rywalizacji, głównie w obcym i wrogim środowisku. Pozwolenie sobie na luksus odprężenia mogło kosztować życie. Tak zginął Jeni - pierwszy dowódca "Feniksa" - w czasie próby uruchomienia reaktorów w dwa lata po awarii. Tak zginęła pierwsza wyprawa zwiadowcza na Hildora, który wtedy jeszcze był tylko jedną z sześciu planet gwiazdy MCX/120873 w Plejadach. Tak zginęła prawie połowa Rady Hildora w czasie pierwszego i drugiego buntu młodych.
Pet poczuł się staro. Podwójnie staro. W liczbach bezwzględnych był prawie tak stary jak Czarne Wieże, a właściwie starszy od nich. W latach biologicznych był natomiast starszy od najstarszych z żyjących obecnie na Ziemi ludzi. To samo dotyczyło Anny. Obydwoje byli nieśmiertelni, przynajmniej w rozumieniu mieszkańców Czarnych Wież. Sami zresztą nie wiedzieli, jakie są dokładne granice ich życia. Hildor twierdził, że mogą przeżyć od tysiąca do dwóch i pół tysiąca lat. Przedział był ogromny, ale dla nich bez znaczenia. Po ośmiuset latach życia i pewności nadejścia śmierci poglądy na to ostatnie pojęcie zostają odarte z lęku. Dzięki anabiozie mogli przecież przedłużać swoje życie do granic niewyobrażalnych dla normalnych ludzi. Liczyło się tylko to, co zrobili dla Hildorczyków. Tajna Rada również musiała żyć dłużej niż przeciętni Ziemianie. Pet wyczuł to z ich zachowania. Pewność siebie, wyniosłość, dostojność i wreszcie to spojrzenie pełne doświadczenia, znajomości życia i pewnego, z trudem zauważalnego, zmęczenia.
Anna tymczasem przekręciła się na posłaniu i wystawiła do słońca plecy. Dopiero teraz można było docenić wspaniałość linii jej ciała. Pet potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić od siebie myśli. Spojrzał jeszcze raz w dżunglę. Tam żyli ludzie. W Czarnych Wieżach również żyli ludzie. Czy to byli ci sami ludzie? To było jedno z najważniejszych pytań, na jakie musieli z Anną znaleźć odpowiedzi.
- Co byś zrobiła, gdyby na Hildorze zjawił się statek z Ziemi, który w żadnym przypadku nie powinien dolecieć tam, a już na pewno nie z Ziemi? - zapytał telepatycznie.
Nie obawiał się podsłuchu ze strony Tajnej Rady, bo oboje z Anną umieli od dawna sterować długością fal telepatycznych, ich mocą i mnóstwem innych rzeczy, o których Ziemianie nie mieli najwyraźniej pojęcia.
- Czy ty nigdy nie przestaniesz kombinować? - zapytała go rozleniwionym tonem.
- Ja też się rozklejam - odparł - ale musimy szybko zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, bo mam wrażenie, że nasze przybycie nie jest tu najmilej widziane.
- Słodki eufemizm. Oni się nas boją.
Anna uniosła się lekko na łokciach i spojrzała na niego uważnie.
- Zniszczyłabym statek zaraz potem, jakby się zgłosili na fonii.
- Czemu?
- Bo nie ma już dla nas miejsca na Ziemi. Jesteśmy zbyt inni i jest nas zbyt dużo. A teraz, po naszym przylocie na Ziemię, na Hildorze minęło prawie tysiąc pięćset lat. Jest nas więc jeszcze więcej. Ich przylot mogliby wykorzystać młodzi, wszyscy śmiertelni, czy ja wiem w końcu kto. Wreszcie sami Ziemianie mogliby zacząć głosić swoje idee, nie zastanawiając się, czy te idee nadają się do naszych warunków. Pod tym względem my niczym się od nich nie różnimy.
- Z rozmowy, którą podsłuchaliśmy, wynika, że oni mają te same problemy. Ich błąd polega na tym, że dopuścili do naszego lądowania i do rozkolportowania tej wiadomości. Nie mogą więc nas zabić.
- Przynajmniej na razie.
- Słusznie. Ale nie pozostaną bezczynni. Zaczną coś robić. Musimy się dowiedzieć, co!
Pet uśmiechnął się przewrotnie. Popatrzył przez chwilę na dżunglę.
- Mam kilka pomysłów - dodał z tym samym uśmieszkiem.
Zajmiesz się Larą? - zapytała Anna.
- Jest to myśl, ale na początek mogłabyś popodsłuchiwać. Na Hildorze potrafiłaś odbierać myśli z trzech tysięcy kilometrów.
- To były myśli zaadresowane do mnie osobiście. Odbieram fale telepatyczne lepiej niż ty ale nie potrafię zdziałać cudów. Tu, na Ziemi, nie sądzę, żebym mogła przekroczyć jakieś pięćset kilometrów.
- Chodzi tylko o Czarną Wieżę.
- Nie sądzisz chyba, że ktoś zaadresuje się specjalnie do mnie.
- Oczywiście, że nie. Natomiast w obrębie trzech kilometrów możesz odebrać praktycznie wszystkich.
- Ty również.
- Ja już próbowałem i nic mi z tego nie wyszło. Nie mam żadnego punktu zaczepienia. Wiesz przecież, że muszę wiedzieć, kogo poszukuję. Tu znam tylko tę ich Radę, a na podsłuchiwanie Rady nie mogłem się odważyć, bo byłoby to zbyt duże ryzyko. Ty natomiast odbierasz wszystkich.
- Na Hildorze nie miałeś takich pomysłów.
- Nikt ich nie miał. Jak sobie wyobrażasz podsłuchiwanie telepatów, którzy kontrolują praktycznie każdą myśl? Tam się robi zwykłą blokadę, a tu nikt o tym nie wie.
- Będziesz musiał mi pomóc - odparła Anna po krótkim zastanowieniu. - Jeśli zgodzisz się być przekaźnikiem, to mogę spróbować.
- Chcesz żebym odbierał całe spektrum? - zaniepokoił się Pet.
- Inaczej nie da rady. Ty musisz ściągnąć każdą myśl, do jakiej uda ci się dotrzeć, a ja będę je selekcjonowała i kiedy trafię na coś interesującego sama się włączę. W ten sposób będę miała kierunek.
Pet nie lubił tej metody. W czasie całej akcji będzie praktycznie zdany na jej łaskę.
- Boisz się? - zapytała go Anna ze złośliwym uśmieszkiem.
- Znam cię zbyt dobrze.
- I mimo to boisz się?
- Właśnie dlatego - odparł krótko i ze spokojem podniósł się z fotela.
Przez chwilę kontemplował dżunglę, zastanawiając się raz jeszcze nad sytuacją. Jeżeli ich podejrzenia były słuszne, to Loop w tej chwili już rozkręcił całą machinę, która miała ich unieszkodliwić. Pet nie widział przyczyny na tyle ważnej, żeby mieli razem z Anną stracić życie dla ciemnych interesów Tajnej Rady. Nie miał wyjścia. Podszedł do Anny, która bez słowa posunęła się trochę na swoim łożu, robiąc mu miejsce obok siebie, położył się obok niej i przez chwilę leżeli nic nie mówiąc. - Możemy zacząć albo od Tajnej Rady, albo od Wielkiej Zmiany - odezwała się wreszcie Anna. - To są nasze dwa najmocniejsze punkty zaczepienia.
- Wielka Zmiana nic nam właściwie nie mówi. Jest to zbyt mgliste - zauważył Pet. - Zacznijmy od Loopa.
- Zaczynaj!
Pet skupił się i powoli nastawiał swój mózg na wszystkie myśli, jakie docierały do ich pokoju. Na początku odczuwał bezładny chaos. W jego mózgu krzyżowały się tysiące myśli bez twarzy, bez adresata. Miłość, złość, zawód, rozpacz i setki bardziej subtelnych, bardziej poplątanych uczuć. Powoli zaczynał się włączać swoim mózgiem w ten chaos, zstępując coraz głębiej w podświadomość nadawców, którzy w większej części nawet nie zdawali sobie sprawy z faktu, że nadają telepatycznie. Nagle poczuł jakiś szczególnie silny strumień myśli, należący do wielkiej grupy ludzi. To był strach. Jego świadomość wyłączyła się nagle - zadziałały mechanizmy obronne mózgu. Dopiero w tym momencie do akcji wkroczyła Anna. Najpierw wślizgnęła się w jego osobiste odczucia. To było nie fair, ale w stosunku do Peta mogła sobie na to pozwolić. Zaczęła od jego myśli na jej temat. Nie mogła się od tego powstrzymać. Najpierw odczuła lekką obawę, potem nienawiść i wreszcie miłość. Pet ją kochał. Tak, jak mógł kochać telepata, który znał większość jej myśli i który przez czterysta lat był członkiem Rady Głównej Hildora. Była to miłość tłumiona, odrzucana, zwalczana w imię racji wyższych, w imię dobra Hildora. W głębszych warstwach podświadomości, odpowiadających ich lotowi na Ziemię, znalazła podziw dla siebie, uznanie i nienawiść.
Jeszcze głębiej odnalazła troskę o nich oboje, ale przede wszystkim o nią. Odczuła coś w rodzaju wstydu i szybko wycofała się.
Chociaż nigdy nie przyznałaby się do tego, jej uczucia względem niego były prawie identyczne. On również zresztą nigdy nie przyznałby się do nich, gdyby go o nie zapytała.
Anna spojrzała czule na jego twarz pokrytą dużymi kroplami potu. Widać było, że Pet długo już nie wytrzyma tego totalnego naporu myśli. Trzeba było działać szybko. Otarła mu delikatnie pot spływający z czoła. Ale zaraz ponownie włączyła się w jego myśli. Szybko przeleciała całe masy rozbieganych spostrzeżeń i odczuć. Wreszcie znalazła coś interesującego. Dotyczyło to jakiegoś Wuura, kierującego jakimś Naborem. Mówił Loop. Anna delikatnie wcisnęła się w ich fale. Bardzo płytko, ale nawet to było szalenie ciekawe. Loop zlecał przygotowanie dodatkowych zestawów adaptacyjnych. Była pewna, że tyczy się to bezpośrednio ich osób. Potem Loop mówił do Lary o jakiejś Jenie i o tym, że trzeba ją będzie promować do rangi Nowych Ludzi. Nie miała odwagi wejść głębiej w ich myśli, żeby poznać szczegóły. Dowiedziała się jeszcze, że Bor i Nazon szukają szczegółów o Hildorze i o "Feniksie" i zaraz potem straciła kontakt. Musieli wejść w jakiś obszar tłumiący fale telepatyczne. Skupiła się na Wuurze. Od niego dowiedziała się, co to jest Nabór i on zwrócił jej uwagę na kogoś o imieniu Noor. Postanowiła zaryzykować i weszła bezpośrednio w myśli Wuura. Podejrzewała, że co najwyżej będzie on podejrzewał Tajną Radę i nie omyliła się. Dzięki temu zapoznała się z całą procedurą Naboru. Mogłaby nawet zastąpić Wuura.
Pet tymczasem zaczął oddychać coraz ciężej i głośniej. Pot lał mu się strumieniami po całym ciele, a twarz nabiegła krwią. Anna błyskawicznie zastanowiła się, czy może go jeszcze wykorzystać. Postanowiła zaryzykować i odnalazła myśli Noora. Na początku odczuła tylko strach przed jakimś Hersthem, który paraliżował wszystkie jego myśli. Zastosowała jedyną rzecz, jaka była w tej sytuacji możliwa do zrobienia. Wtargnęła bezpośrednio w podświadomość i zneutralizowała czasowo wpływ tamtej osoby. Umysł Noora był praktycznie pusty. Miał trochę obrazów jakiegoś urządzenia, które również napawało go strachem, ale na tym kończyła się jego wiedza techniczna. Posiadał za to olbrzymią ilość informacji o dżungli i o niebezpieczeństwach, jakie w niej grożą. Anna zaczęła trudny proces przyswajania tej wiedzy w całości. Nie miała czasu na analizę informacji. Postanowiła więc przyswoić ją sobie en bloc. Zbliżała się do końca, kiedy poczuła, że Pet słabnie. Szybko roztoczyła nad nim blokadę mentalną, uniemożliwiającą mu jakikolwiek odbiór informacji. Odczuła jego fizyczną ulgę i nagłe rozprężenie wszystkich mięśni. Pet musiał już od dłuższego czasu ciągnąć ostatkiem sił i tylko dzięki swojej potwornej woli nie pozwolił na przerwanie odbioru. Teraz zemdlał.
Anna chciała się podnieść, otrzeć mu pot i zrobić masaż, lecz nie mogła. Dopiero teraz poczuła, że i ona ciągnie już resztkami sił. Była również mokra od potu. Jedyne, co mogła zrobić, to utrzymać cały czas blokadę nad mózgiem Peta. Miała nadzieję, że za jakieś pół godziny odzyska on świadomość. Nie mogła przecież wezwać pomocy Loopa, czy któregoś z jego ludzi, przydzielonych do ich dyspozycji.

* * *

Tajna Rada zebrała się w komplecie w gabinecie Loopa. Bor kończył właśnie porządkować dokumenty, które znalazł w Wieży Historyków. Nazon uśmiechał się tajemniczo, z lekkim odcieniem szyderstwa, ale nic nie mówił. Loop, który doskonale widział ten uśmiech nie reagował nań zupełnie, raczej udawał że nań nie reaguje. Nikt nic nie mówił. Bor wreszcie uporządkował swoje papiery i raczył spojrzeć na zebranych.
- Zaczynaj! - ponaglił go Loop.
- "Feniks", jednostka eksperymentalna typu dziewięć dziewiątek po zerze, zbudowana na dwieście lat przed pierwszą rewolucją biologiczną, w roku trzy tysiące pięćset dwudziestym drugim starej ery. Wystartował w pięć lat później z trzydziestoosobową załogą pod dowództwem admirała Jeni, mającego na swym koncie cztery wyprawy gwiezdne, w tym pierwszą wyprawę na Gwiazdę Barnarda. Celem lotu był Procjon. W pół roku po starcie stracono z nimi kontakt w czasie planowej łączności z Centrum Lotów na Księżycu. Zdążyli tylko nadać, że mają awarię silników. W dwieście lat później oficjalnie uznano "Feniksa" za zaginionego.
- Odnalazłeś skład załogi? - zapytała Lara.
Bor przez chwilę grzebał w dokumentacji. Wreszcie znalazł jakąś pożółkłą fotokopię.
- Jeni, admirał sił zbrojnych Układu Słonecznego. Lat czterdzieści dziewięć. Nieżonaty. Studia z astronomii i fizyki skończył...
- Najprawdopodobniej nie żyje - uciął wyliczankę Loop - tak samo jak pozostałe dwadzieścia osiem osób załogi. Nie mamy czasu na wspominki. Przejdź do naszych kosmitów.
- Anna. Lat trzydzieści dwa w chwili startu. Cybernetyk i pilot. Studia skończyła z wyróżnieniem na dziesięć lat przed startem. Brała udział w piątej wyprawie na Proximę jako nawigator. Brak adnotacji o ukończeniu odpowiednich studiów. Niezamężna. Bezdzietna. Są odnotowane jej prace z dziedziny genetyki. Również brak danych na temat studiów z tej dziedziny.
- Pet. Lat trzydzieści cztery. Kapitan Sił Zbrojnych Układu Słonecznego, brał udział w wyprawie na Proximę. Brak adnotacji, o którą wyprawę chodzi. Zastępca Szefa Sztabu Sił Zbrojnych. Studia fizyczne i matematyczne skończył na czternaście lat przed startem "Feniksa". Brał udział w akcji ratunkowej Drugiej Wyprawy na Alfę Eridani. Brak szczegółów na ten temat. Ma tytuł inżyniera automatyka. Brak adnotacji o studiach z tej dziedziny. Wzmianka o pracy z genetyki, ale również brak szczegółów. Nieżonaty. Bezdzietny.
- To wszystko? - zapytał Loop.
- Współczynniki inteligencji u całej załogi w przedziale 180-195. Nasi goście mieszczą się na górze tego przedziału. U wszystkich adnotacja S. W tej chwili moi ludzie szukają jakiegoś wyjaśnienia na ten temat.
- Kiedy ostatnio z tobą rozmawiałam, mówiłeś coś o jakimś Hildorze - przypomniała mu Lara.
- Brak szczegółów. Genetyk z ich epoki. Prawdopodobnie bardzo znany i bardzo zwalczany. Dotąd nie natrafiliśmy na żaden ślad tego nazwiska, jeśli nie liczyć jednej adnotacji zrobionej w czterdzieści trzy lata po ich odlocie, że informacja została wymazana na polecenie rządu.
- Jedyne, co ich łączy - odezwał się wreszcie Nazon - to fakt, że cała załoga, z wyjątkiem Jeni, publikowała prace z dziedziny genetyki. U wszystkich brak jakichkolwiek danych na temat ukończenia odpowiednich studiów. Wygląda na to, że "Feniks" miał załogę złożoną z samych genetyków, którzy tylko przypadkiem znali się również na czymś innym.
- Co oni robili przez cały czas od pozostawienia ich w pokojach gościnnych? - zainteresował się a Loop.
- Gadali o bzdurach, kochali się. Teraz śpią i - chyba śnią im się koszmary, bo obydwoje się strasznie spocili - odpowiedziała Lara, która zajmowała się doglądaniem gości.
- Nic więcej? - zdziwił się Nazon.
- Owszem. Pet siedział pół godziny patrząc w okno, a Anna się opalała. Żałuj, żeś tego nie widział. Jest bardzo ładnie zbudowana.
- Czyli lepiej niż ty - podsumował jej ostatnią uwagę Bor.
- To w końcu dzikuska w porównaniu z nami! - Lara była zaszokowana porównaniem.
- Jak dużo osób wie o ich przybyciu? - zapytał Loop.
- My, załoga stacji na Plutonie, Wenus, Mars, wszyscy Nowi Ludzie, mieszkańcy Wieży Historyków i naszej. Prawie na pewno dowiedzieli się o nich Kontestatorzy. Nie widzę możliwości pozbycia się ich bez szumu - ubiegła jego myśli Lara.
- To absolutnie nie może wchodzić w rachubę - poparł ją Bor, a Nazon w milczeniu przytaknął im głową.
- Tak tylko myślałem - wycofał się Loop - Czy podejmowano próby dostania się na ich statek? - Zapytał na wszelki wypadek, bo sam nie zlecał takiej akcji.
- Owszem, zleciłem taką próbę - odparł spokojnie Nazon. - Myślałem, że może znajdę coś w dokumentach pokładowych - dodał tytułem wyjaśnienia.
- I co? - zapytała Lara.
- Wynik negatywny, jak poprzednio. Nasze grupy kontaktowe nie mogą się zmaterializować w obrębie pola, które chroni ich statek. W czasie prób zginęło dwóch naszych.
- Mam nadzieję, że to byli twoi ludzie - stwierdził raczej niż zapytał Loop.
- Twoi przecież nie wykonaliby moich poleceń.
- Oni są o wiele bardziej niebezpieczni niż sądziliśmy - odezwał się Bor.
- Dlatego, że są Nieprzenikalni? - zapytała Lara.
- Od chwili powstania grup kontaktowych nie udało nam się znaleźć skutecznego sposobu ochrony przed nimi - przypomniał Bor. - Dobrze jest oczywiście posiadać możliwość natychmiastowego przenoszenia się z miejsca na miejsce, ale wywołuje u mnie uczucie niepokoju świadomość, że nie umiem się przed tym bronić. Nie lubię broni absolutnych i nie wierzę w nie. Ich pole jest najlepszym na to dowodem. Mogą się śmiać z naszych grup kontaktowych.
- Przesadzasz - stwierdził stanowczo Loop. Włączyli pole dopiero wtedy, kiedy zabraliśmy im sondę. Zrobili to na wszelki wypadek, nie mając zielonego pojęcia, że ktoś może im się zmaterializować na pokładzie. Dalej o tym nie wiedzą, więc nie musimy się obawiać, że kiedykolwiek zastosują to pole przeciwko nam.
- Słusznie - zgodził się Nazon. - W końcu lecieli cały czas w tym swoim statku. Nie obawiałbym się tego. Problemem są ewentualne następstwa ich przybycia na Ziemię. Nie możemy im zabronić kontaktu z innymi ludźmi niż nasze światłe grono, bo ci inni zaczną nas podejrzewać o najgorsze. Nie możemy również pozwolić im na swobodne poruszanie się po Ziemi, bo powtórzy się sprawa "Jedności". Na dodatek są jeszcze Nieprzenikalni.
- Racja, Hop II pozwolił Kornowi na głoszenie poglądów sprzed dwóch tysięcy lat i okazało się, że to chwyciło - poparł go Bor.
- Winny nie był Korn, tylko my. Wielka Zmiana posuwała się zbyt wolno. Nasze struktury społeczne nie uległy praktycznie żadnej zmianie i to właśnie wygrywają Kontestatorzy - wtrąciła się stanowczo Lara. - Transformacja gatunku jest z pewnością olbrzymim przedsięwzięciem, ale wywołuje określone niesprawiedliwości. Myślę tu o dzikusach, o naszym systemie kast etc. Sami to dobrze znacie. Wielka Zmiana stała się w pewnym sensie pustym frazesem. To nam sprawia kłopoty i będzie nam je sprawiało jeszcze długo, jeśli nie zaczniemy działać.
- Znam twoje poglądy - uciął jej wypowiedź Loop. - Mówiliśmy o nich niedawno.
- Ma rację - poparł ją Nazon.
- Nie czas na kłótnie - zażegnał powstający spór Bor. - Musimy ustalić, co zrobić z naszymi kosmitami, jak ich nazwał Loop.
- Mówiłem o tym z Larą - odparł Loop. - Proponuję przyłączyć ich do Naboru. Kazałem nawet przygotować zestawy adaptacyjne dla obojga. Dostaną pełną wiedzę historyczną z maleńkim uzupełnieniem. Wszczepimy zakaz jakichkolwiek akcji wywrotowych i nakażemy głosić, że są zachwyceni Wielką Zmianą.
- To wymaga dość skomplikowanego programu hipnotycznego - zauważył Nazon.
- Zajmie się tym Lara, razem ze mną - uspokoił go Loop.
- A jeżeli nie zechcą się poddać zabiegowi? - zaniepokoił się Bor.
- Jego konieczność wytłumaczy im Lara, chyba że ktoś z was chciałby ją zastąpić - uspokoił go Loop.
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, co się stanie, jeśli dowiedzą się o tym Kontestatorzy, a nawet Nowi Ludzie?
- Naborem w tej wieży kieruje technik Wuur - odezwała się Lara. - Dziesiąte pokolenie. Małe szanse na szybką adaptację do poziomu Nowych Ludzi. Nastraszyliśmy go trochę z Loopem i sądzę, że będzie trzymał język za zębami - dodała - z pewnością siebie w głosie.
- A jeżeli nie będzie trzymał? - zaoponował Nazon. - Myślisz, że utrzymasz go w milczeniu tylko czarem swojej osoby?
- I tak nie masz u mnie żadnych szans - stwierdziła Lara z lekką, choć niezbyt ukrywaną pogardą w głosie. - A po zakończeniu procesu adaptacyjnego Loop chce wysłać go w dżunglę.
- To w końcu jeden z nas - zauważył niezbyt przekonanym głosem Bor. - Poza tym, jak to usprawiedliwić?
- Awaria silnika. Panika po lądowaniu. Zawiodły go nerwy. Zaczął biec i zginął - wyrecytował Loop tonem, jakim się ogłasza komunikaty oficjalne.
- Od stu dziesięciu lat nie było żadnej awarii - przypomniała Lara. - Chyba wiesz o tym?
- Najwyższy czas żeby się zdarzyła. Da nam to pretekst do kilku zmian personalnych, a przy okazji zajmiemy czymś personel techniczny.
- Mały przegląd bieżącej sytuacji w tej dziedzinie bardzo nam się przyda - poparł go Bor. - Daje się zauważyć pewne rozluźnienie dyscypliny, zarówno na Ziemi, jak i na Planetach. Przy okazji trzeba zastosować - jakieś sankcje wobec tych na Plutonie. Ten ich pomysł z sondą był czystym niewypałem.
- Więc mamy jasność - podsumował Loop. Niech Lara zajmie się gośćmi!
- Proponuję jednak poczekać na zakończenie pierwszej fazy Naboru - dodał Bor.
- Nie mam nic przeciwko temu - zgodził się Loop, patrząc pytająco na resztę.
Nikt nie zgłosił sprzeciwu, ponieważ odczekanie na zakończenie zmiany ciał było rzeczywiście dobrym pomysłem. W ten sposób Nabór nie był w żadnym wypadku zagrożony.

* * *

Pet leżał wciąż z zamkniętymi oczami. Jego oddech stał się już jednak bardziej równomierny. Przestał również spływać potem. Anna natomiast prawie całkiem wróciła do formy. To znaczy mogła podnieść się i zrobić Petowi bez nadmiernego wysiłku masaż. Przez cały czas musiała jednak utrzymywać nad nim blokadę mentalną. Jego mózg był wciąż zbyt wycieńczony. Wreszcie Pet zaczął się ruszać.
- Dawno tego nie robiłem - odebrała jego pierwszą świadomą myśl, nasyconą jeszcze niewyobrażalnym dla zwykłych ludzi zmęczeniem i ulgą.
- Mogłaś to przerwać trochę wcześniej - w jego myślach wyczuła podświadomy wyrzut, płynący raczej z wycieńczonego ciała niż z racjonalnych przemyśleń.
Naprawdę, to chciał zapytać Annę o coś zupełnie innego.
- Odpocznij trochę. Potem przekażę ci wszystko, co wiem - uprzedziła jego pytanie.
Przez chwilę opierał się zmagającemu go zmęczeniu, by wreszcie zasnąć. Był to sen bardzo niespokojny i przerywany okresami półjawy. Anna przyglądała mu się tkliwie ocierając z czoła resztki potu. Wciąż utrzymywała blokadę nad jego mózgiem. Tymczasem w pokoju zrobiło się ciemno. Anna spojrzała w okno. Na dworze była noc. Piękna, bezchmurna, prawdziwa. Na moment zapomniała o wszystkim i wpatrywała się w ten widok, który obudził w niej dawno zapomniane i odrzucone wspomnienia. Podeszła bliżej okna. Gdzieś w dali zajaśniało migotliwie światełko.
- Obozowisko Noora - pomyślała i zdziwiła się skąd jej to przyszło na myśl.
Wtedy przypomniała sobie seans telepatyczny. To stamtąd przybył tu Łowca wraz z towarzyszami. Tam miało miejsce spotkanie Noora z owym kodarem. Anną wstrząsnął dreszcz na myśl o tym, że mogłaby znaleźć się tam w nocy, sama i bez broni. Ludzie - owi dzicy, jak ich nazywał pogardliwie Wuur - żyli tam na co dzień, mając za jedyną broń swoje śmieszne łuki. To jej przypomniało, że ich powrót nie był powrotem radośnie oczekiwanym, że najprawdopodobniej czeka ich walka. Spojrzała jeszcze raz na niebo, na którym świecił teraz Księżyc. Nie zauważyła go wczeniej, nie wiedzieć czemu. Była pełnia, a Księżyc stał już wysoko. Musiała być co najmniej dziesiąta. Jeszcze raz spojrzała na satelitę, który przez całe wieki był natchnieniem poetów i kochanków.
- Czy oni teraz mają poetów? - pomyślała.
Złapała się na tym, że myśli o ludziach, jako o Nich. Nie potrafiła się z nimi uosobić. Ich ucieczka z Ziemi, bo przecież to była ucieczka, mimo wszystkich użytych sloganów, mających na celu ubranie tego faktu w słowa, znowu zawładnęła jej myślami, tak jak tyle razy w ciągu tych wieków. Hildor miał dwa satelity i one stanowiły wspomnienie jej ojczyzny. Księżyc był piękny, ale było to piękno obiektu turystycznego, który się podziwia i o którym się śni czasami w momentach chandry, ale z którym nie łączy człowieka nic więcej.
- Szkoda, że tego nie można słyszeć stąd - myślała o tym, czego dowiedziała się od Noora. Dżungla była pełna życia, które przecież musiało grać w nocy swoistą muzykę. W dzień nigdy nie odczuwało się takiego wrażenia.
Dziękuję ci - odebrała nagle Peta.
Myślał o blokadzie, którą wciąż utrzymywała nad jego mózgiem. Był już w o wiele lepszej kondycji.
- Radź sobie teraz sam! - odparła zdejmując blokadę.
- Kiedyś, jeszcze na Ziemi, byłem w dżungli. Na takiej małej wyspie na Pacyfiku - odezwał się ponownie Pet.
- Świnia. Jak zwykle podsłuchujesz - nadała z nadspodziewanie silną nienawiścią. Czuła, że Pet odruchowo zastosował blokadę. Teraz już samodzielnie.
- Przypadek - wyczuła w jego tonie coś na kształt zawstydzenia.
- Zepsułeś wszystko - odparła z żalem, choć już bez gniewu.
Pet musiał rzeczywiście włączyć się w jej myśli przypadkiem, zaraz po przebudzeniu.
- Co wiemy? - zapytał nagle, sztucznie bezosobowo. Za tą bezosobowością Anna wyczuła zakłopotanie. W przypadku Peta był to wyjątkowy przypadek.
- Jesteś jeszcze za słaby, żeby wchłonąć wszystko.
- Określ więc sytuację swoimi słowami.
Zbliżyła się do niego, nie mogąc jednak powstrzymać się od rzucenia jeszcze jednego spojrzenia za okno. Siadła na łóżku tuż koło niego, odrzuciła ręką kosmyk czarnych włosów zasłaniających jej oczy i rozpoczęła krótkie omówienie swojej wycieczki telepatycznej.
- Oni robią eksperyment genetyczny na skalę całego gatunku. Zaczęło się to w jakieś tysiąc lat po naszym odlocie i jak mi się wydaje, ma na celu zmianę ludzkości w przeciągu pięciu tysięcy lat. Podstawą stało się wynalezienie przez niejakiego Herstha czegoś w rodzaju uniwersalnego zarodnika. Jest on poddawany odpowiednim zabiegom, które wpisują w jego kod genetyczny wszystko, co odnosi się do danego człowieka i rozwija się w przeciągu sześciu godzin w dokładną kopię człowieka, którego zapis został w nim zakodowany. Z tą tylko różnicą, że potencjalne możliwości takiej kopi są praktycznie nieograniczone. Natomiast oryginał ginie, przekazując całą zawartość mózgu do pamięci kopii. Ten właśnie zabieg wykonuje się na tubylcach w czasie Naboru, z tym, że oni sami nie zdają sobie sprawy z faktu zamiany ciała. Jest to zresztą absolutną tajemnicą. Obiegowa wersja głosi, że transformacji dokonuje się przez odpowiednie napromieniowanie zwykłymi cząstkami alfa, które, odpowiednio ukierunkowane, wywołują mutację. Tubylcy otrzymują dodatkowo wiedzę potrzebną im do wykonywania czynności, do których zostali zakwalifikowani na podstawie wstępnych testów. Przy okazji wszczepia im się przekonanie, że ich poprzednie życie jest godne potępienia i że w żadnym wypadku nie mogą wracać do swoich rodzinnych szczepów.
Wież jest trzysta i żyje w nich średnio po trzy miliony ludzi. Dzikich jest około półtora miliarda. Na Marsie i Wenus żyje w sumie około pięciu milionów ludzi. Na Księżycu i stacjach kosmicznych zaledwie trzy tysiące.
- Więc Hildor miał rację - przerwał jej Pet i zadowoleniem.
- Wątpiłeś w to?
- Czasami - przyznał, uważnie wczuwając się w jej myśli, w których szukał potwierdzenia, że ona wątpiła również. Nie dała mu jednak tej satysfakcji.
- Co jeszcze? - zapytał tym samym sztucznie bezosobowym tonem.
- Oficjalna interpretacja faktu istnienia dzikich powołuje się na potrzebę wzmocnienia fizycznego ludzi jako rasy. Nieoficjalna przyczyna jest bardziej prozaiczna. Wyprodukowanie uniwersalnego zarodnika zajmuje prawie sto lat. Przy maksymalnej produkcji, którą zresztą, osiągnięto niedawno, w warunkach pełnej tajemnicy, nie można wyprodukować ich jednorazowo więcej niż czterdzieści tysięcy. Tyle wynosi dokładnie jednorazowy Nabór. Z tym, że obecnie zarodniki produkowane są w procesie ciągłym, tak że Nabór będzie można przeprowadzać co jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat. Miejsca w wieżach wystarczy na długo, ponieważ mogą jednorazowo pomieścić trzykrotnie więcej mieszkańców.
- Gdzie jest w tym wszystkim miejsce Tajnej Rady? - przerwał jej Pet ze zniecierpliwieniem.
- To ma związek ze strukturą społeczną. Jak mówiłam, kopie mają nieograniczone praktycznie możliwości, ale w chwili obecnej udało się uzyskać tylko długowieczność, telepatię i teleportację. Wszystkie trzy możliwości osiągnęło jednak zaledwie około dwudziestu siedmiu tysięcy ludzi, których nazywają Nowymi Ludźmi. Ci stoją w hierarchii najwyżej i z nich wywodzi się Tajna Rada. Reszta posiada pewne zdolności telepatyczne, z których największe miałeś możność podziwiać u Tajnej Rady, i przeciętną życia od stu pięćdziesięciu do około czterystu lat. W zależności od posiadanych zdolności, każdy człowiek stoi wyżej lub niżej w hierarchii. Dużą rolę odgrywa tu również liczba pokoleń, od których żyje się wieżach: Nowi Ludzie pochodzą z reguły z najwcześniejszych Naborów.
- Dowiedziałaś się czegoś o tych Kontestatorach?
- Bardzo ogólnie. Wuur, osobnik, z którego mózgu czerpałam większość tej wiedzy, wie na ich temat bardzo mało. Zaczęło się to jakieś dziewięćset lat temu od człowieka zwanego Korn, który przybył z gwiazd. Zginął on z powodu szerzenia poglądów o bezsensie całego eksperymentu, który oficjalnie nazywa się tu Wielką Zmianą. Od tej pory przez cały czas w którejś z wież podnoszą się głosy o słuszności tego twierdzenia. Tajna Rada boi się ich, ale nie za bardzo. To już jest jednak wrażenie jakie odniosłam podsłuchując Loopa.
- Udało ci się może wejść w myśli Tajnej Rady? - zainteresował się Pet.
- Tylko raz. W sumie kilkuminutowa rozmowa z owym Wuurem, o którym mówiłam. Nic konkretnego. Dopóki nie dowiemy się dokładniej, jakie oni mają możliwości w dziedzinie telepatii, nie śmiem wkraczać bezpośrednio w ich mózg. Wuur natomiast nie wie nic konkretnego na ten temat. Telepatię uzyskał dopiero dwa pokolenia temu, na skutek krzyżówek w obrębie mieszkańców wież.
- Same ogólniki - podsumował Pet. - Dalej nie wiemy nic na temat Rady, Naboru, a przede wszystkim tego mnóstwa szczegółów, które składają się na codzienne życie. Trafiliśmy na sytuację szczególną, a mianowicie ten Nabór...
- Szalenie interesujące - przerwała mu uprzejmie Anna.
- Wybacz - zreflektował się Pet.
- Wiem jeszcze sporo rzeczy na temat życia w dżungli. Na dzikich możemy stosować wszystkie nasze sztuczki. I jeszcze jedno, dzicy uważają Herstha za Boga. To się może nam przydać.
- Nie mam zamiaru zwiedzać dżungli.
- Szkoda. To bardzo pouczające.
- Dla kogo?
- Dla nas. Tam zaszła jakaś potworna mutacja.
- Nic o naszych skromnych osobach? - Pet najwyraźniej wracał do formy i z minuty na minutę stawał się taki jak dawniej.
- Loop z Larą kazali przygotować dwa dodatkowe zestawy adaptacyjne. Mówi ci to coś?
- Czysto i sprawnie - Pet z podziwem pokiwał głową. - Mówiłaś, że oni wszczepiają dzikim nakaz pozostawania w wieżach?
- Coś w tym właśnie stylu.
- Humanitaryzm jednak nie zginął - Pet nadawał z wyraźnym uznaniem.
- Z punktu widzenia Tajnej Rady, jeśli rzeczywiście chcą nas unieszkodliwić, takie rozwiązanie jest najsprawniejsze i najczystsze - przytaknęła Anna. Ale zamiast podziwiać ich, radziłabym coś zrobić.
- Już ciemno? - zdziwił się Pet. - Szybko nam minął ten pierwszy dzień na Ziemi.
- Ciemno jest już od paru godzin... Jeśli nie chcesz rozmawiać ze mną o naszych skórach, to ja idę spać. Mam w nosie wszystko. Jestem potwornie zmęczona.
- Spałaś prawie trzysta lat - Pet wrócił już całkiem do formy i Anna wyczuła w jego myślach pewną zaczepkę.
- Jak chcesz - mruknęła, nie wiedzieć czemu na głos, a zaraz potem dodała w myślach. - Jeśli jesteś taki sprytny, to masz pięć minut czasu na zajrzenie w moje myśli i przyswojenie wszystkiego, co wydusiłam z naszego seansu. Potem idę spać.
Powiedziawszy to, zręcznie przeskoczyła przez niego i zwaliła się z westchnieniem ulgi na łóżko. Przez kilka dobrych minut nic nie mówili. Pet wykorzystał ten czas rzeczywiście na przyswojenie sobie jej wiadomości. Gdy skończył, gwizdął z uznaniem.
- Sporo tego!
- Sporo? - usłyszał znów złowrogi szept.
- Mnóstwo! - poprawił się zaraz.
Nagle usłyszeli mocne pukanie do drzwi.
- Myślałam, że są dźwiękoszczelne - powiedziała zdziwiona Anna.
- Nie myśl tyle - poradził jej Pet, podnosząc się ciężko z łóżka. - Ale jestem skonany! - mruknął, przeciągając się pospiesznie.
Anna poszła w jego ślady. Również nie czuła się w najlepszej formie. Powoli podeszła do swojej tuniki leżącej bezładnie na podłodze, jako niemy świadek ich popołudniowych igraszek. Podniosła ją, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie i zaczęła pośpiesznie się ubierać.
- Pruderia? - zainteresował się Pet, idąc w stronę drzwi.
- Zarozumiałość - odparła wyniośle. - Nie chcę zbyt bulwersować naszych gości - dodała z przewrotnym uśmieszkiem.
Pet tego jednak nie słyszał lub udał, że nie słyszy. Zamiast tego oblekł swoją twarz w miły uśmiech, jakiego często używał na Hildorze w czasie oficjalnych wystąpień. Uważał, że w ten sposób robi wrażenie swojego człowieka, kumpla. Otworzył drzwi, za którymi stała Lara.
- Widzę, że Tajna Rada przysyła nam swojego najmilszego przedstawiciela - przywitał ją tonem, w którym wyraźnie odczuwało się uznanie dla piękna Namiestnika Azji.
Lara skinęła mu wdzięcznie głową, na której tkwiła misterna konstrukcja z czarnych włosów, podkreślająca doskonale perfekcję twarzy a przede wszystkim szyi. Przez chwilę wpatrywała się w Peta wzrokiem beznamiętnym, ostro kontrastującym z jej urodą. Potem dystyngowanie weszła do pokoju i spojrzała na Annę, która nawet nie próbowała ukryć złości za poprzednią wypowiedź Peta.
- Widzę, że jesteś żywym przykładem galanterii swoich czasów - powiedziała wreszcie tym samym dwuznacznym tonem co Pet i z oczu jej znikła wreszcie beznamiętność, ustępując miejsca cieniowi kokieterii.
Pet spojrzał na nią uważnie, również skłaniając głowę w geście uznania, a kątem oka zerknął na Annę, której wzrok wyraźnie wskazywał, że mimo swoich stanowczych stwierdzeń sprzed paru godzin, nie będzie tolerowała zbyt długo jego zalotów do Lary.
Ta ostatnia również dostrzegła jego spojrzenie.
- Po trzech tysiącach lat musisz być spragniony towarzystwa - stwierdziła czule.
- Myślę, że potrzeba mu przede wszystkim podniet intelektualnych - włączyła się Anna równie troskliwym tonem, nie zdradzając ani trochę swoich prawdziwych uczuć. - Sądzę, że będzie mu bardzo trudno je zaspokoić - dodała uśmiechając się do Lary ze współczuciem.
- Siadaj proszę - Pet wskazał pospiesznie Larze stojący w pobliżu fotel. - Z chęcią zaproponowałbym ci coś do picia, ale niestety nie wiem, jak to się tu załatwia.
- Nie dano wam nic do jedzenia? - zdziwiła się Lara.
Pewno kucharka niezbyt dokładnie zapisała twój przepis - wtrąciła Anna z udanym smutkiem. - To mi się też zdarzało - dodała uspokajająco.
- Tylko dzicy sami przyrządzają swoje potrawy - odparła Lara z pogardą w głosie, po czym zaraz starała się zatuszować sens swoich słów, dodając: - W wieżach nie mamy na to czasu.
- Myślę, że z przyjemnością byśmy coś zjedli - odparła Anna.
Lara popatrzyła na nią dziwnym wzrokiem, ale nic nie powiedziała, tylko podeszła do zestawu przycisków w ścianie, nacisnęła jeden i kazała przynieść obiad na trzy osoby.
- Teraz sobie przypomniałam, że również nic nie jadłam - wyjaśniła, powracając na swoje miejsce. Siadajcie, proszę - dodała, przypominając obojgu, kto tu rządzi.
- Zwrócę uwagę waszym opiekunom - ciągnęła dalej - to niewybaczalne. W ten sposób potraktować takich gości!
Przez parę minut rozmawiali na tematy neutralne, jeśli za neutralny można uznać pojedynek obu kobiet na słowa, z których każde było obliczone na zadanie jak największego ciosu w miłość własną przeciwniczki. Jeżeli Lara była w tym dotąd niezrównana, to teraz musiała przyznać, że znalazła godną siebie przeciwniczkę. Pet nic nie mówił, tylko uważnie przypatrywał się pięknemu Namiestnikowi zastanawiając się, czy rywalizację będzie można wykorzystać dla ich celów. Ich - to znaczy Anny i jego. Doszedł do przekonania, że próżność Lary i jej absolutna ignorancja uczucia przegranej może im się jeszcze przydać; choć nie byłby w stanie powiedzieć dokładnie, do czego i kiedy.
Wreszcie przyniesiono żądane potrawy i po kilkuminutowej ciszy - podczas której ludzie w białych tunikach ustawiali je na stole, rozmowa zeszła na konkretne tematy.
- Domyślam się, że macie mnóstwo pytań - zaczęła Lara.
- Mamy nadzieję, że ty nam na nie odpowiesz - odpowiedziała Anna. - Będzie to namiastka prawdziwych podniet intelektualnych, których oboje z Petem szukamy.
- Tylko nieliczni są w stanie wchłonąć jednorazowo wszystko, co powinniście wiedzieć - odparła Lara tonem, w którym wyraźnie czuło się, że Anna z pewnością do tej grupy nie należała.
Gdyby ktoś wątpił, wystarczyłoby, żeby spojrzał w oczy Lary, w których można było wyczytać uroczyste zapewnienie, że jeśli tylko Anna znajdzie się w jej mocy...
- Ty rządzisz tą wieżą? - zapytaj Pet, nie zwracając uwagi na odbywającą się w dalszym ciągu wymianę spojrzeń między paniami.
- To jest wieża Loopa. Moja znajduje się na terenie dawnego Sydney.
- Po co te wieże? Macie przecież mnóstwo wolnego miejsca - zdziwił się Pet.
- To długa historia - Lara zamilkła na chwilę, zastanawiając się nad czymś. - Myślę, że najpierw powinniście wysłuchać tego, co mam wam do powiedzenia - dodała wreszcie.
- Mów więc! - odezwała się Anna poważnym tonem, bez cienia drwiny.
- My już od dawna nie przekazujemy wiedzy przy pomocy mikrofilmów czy metod ustnych. Stosujemy nauczanie hipnotyczne. Myślę, że najprościej byłoby, gdybyście zgodzili się na ten sposób zdobycia wiadomości. Jeśli potem wyda wam się coś niejasne, to będziecie mogli mnie zawsze pytać.
- Hipnotycznie? - zdziwił się Pet.
- Zrobiliście ogromne postępy - dodała Anna.
- Zapewniam was, że nie ma w tym żadnego niebezpieczeństwa.
Pet spojrzał pytająco na Annę. Ta przez chwilę zastanawiała się po czym rzekła z determinacją w głosie:
- I tak będziemy musieli dostosować się do waszego świata.
- Słusznie, lepiej zacząć od razu - przytaknęła Lara z uznaniem w głosie.
- Mówiliście coś o telepatii - włączył się ponownie Pet. - Zaraz po wylądowaniu.
- Tak, umiemy czytać myśli - Lara spojrzała na nich z wyraźną wyższością. - Chociaż nie wszyscy - uznała za stosowne dodać po krótkiej chwili.
- Możesz czytać w moich myślach? - w głosie Anny niedowierzanie mieszało się ze strachem. Lara przez chwilę milczała, walcząc z poczuciem prawdy i chęcią zniszczenia rywalki. Wreszcie lekko wzruszyła ramionami i przyznała: - Nie wiem czemu, ale waszych myśli nie potrafimy czytać. To się zdarza czasami. My nazywamy takie osoby Nieprzenikalnymi.
- Tak - powiedział przeciągle Pet z wyraźnym rozmarzeniem w głosie - to już tyle wieków.
- Mówiłeś przez radio, że wracacie z Plejad, a przecież celem waszego lotu był Procjon. Skąd taka rozbieżność? - Lara przeszła wreszcie do prawdziwego celu swej wizyty.
- Więc nie zapomnieliście o nas? - ucieszyła się Anna.
- Po tej historii ze stacją na Plutonie myślałam, że bierzecie nas za jakieś potwory - Pet przypomniał jej o potrzebie wyjaśnienia niektórych incydentów, nie wyjaśnionych pomimo ich seansu podsłuchującego.
- Oni was rzeczywiście wzięli za Obcych - Lara roześmiała się szczerze. - Prawdę mówiąc, gdyby mieli rację, to narobiliby nam sporych kłopotów. Przecież to była jawna agresja - dodała z doskonale udanym strachem. Widać było, że odpowiedź na to pytanie miała przygotowaną zawczasu.
- I to wasze milczenie - westchnęła Anna z wyrzutem, robiąc wrażenie jakby zupełnie zapomniała o niedawnej rywalizacji z Larą.
- Wybaczcie, my już od dawna nie latamy w kosmos. Co najwyżej na Marsa czy Wenus, gdzie istnieją ziemskie kolonie. Mamy tak napięty bilans energetyczny, że łączność jest prowadzona raz w tygodniu i tylko w uzasadnionych wypadkach.
- Zauważyliśmy, że Układ jest pusty - Pet powiedział to z żalem. - Za naszych czasów ruch był tak gęsty, że czasami na lądowanie czekało się po parę godzin.
- Minęło trzy tysiące lat - przypomniała im Lara.
- Co to jest? - zapytała nagle Anna, wskazując na wielokolorową galaretę podaną na przezroczystym półmisku. - Bardzo smaczna - dodała, biorąc sobie drugą porcję potrawy.
- Róża Wiatrów - odpowiedziała Lara, bynajmniej nie zdziwiona nagłą zmianą tematu. - Nie pytajcie mnie, z czego to się składa, bo nie wiem - dodała z przepraszającym uśmiechem.
- Czemu Róża Wiatrów? - zapytał Pet.
- W czasach, kiedy częściej lataliśmy w kosmos, bardzo podobnie wyglądał ekran wskazujący położenie w przestrzeni.
- Naprawdę świetne - powtórzyła Anna. - Radzę ci spróbować - dodała wskazując na pusty talerz Peta.
- Skoro obie mi to polecacie... - odparł tonem pełnym galanterii i nałożył sobie sporą ilość owej galarety.
- Rzeczywiście - stwierdził po chwili - ma bardzo oryginalny smak.
- Myślę, że powinniście powiedzieć trochę o sobie - Lara wyraźnie nie dawała się zwieść dygresjom kulinarnym. - Wiemy, że mieliście awarię silników - dodała - a co było potem?
Pet przybrał żałobną minę i pozwolił sobie na chwilę zadumy.
- To tragiczna historia - rzekł powoli, z trudem zmuszając się do mówienia.
- Anna przestała jeść swoją Różę Wiatrów i odsunęła gwałtownie talerz.
- Tylko my przeżyliśmy - wyznała drewnianym głosem. - Wszyscy zginęli. Wszyscy! - dodała i oczy jej zaszkliły się niebezpiecznie.
- Wybacz! - interweniował w tym momencie Pet. - To dla nas bardzo ciężkie wspomnienia. Przez całą trasę powrotną udało nam się nie myśleć o zmarłych. Teraz ty znowu przywołałaś nasze wspomnienia.
Lara patrzyła na nich z nie ukrywanym współczuciem. Nawet wydawało się, że i Anna zyskała w jej oczach odrobinę zrozumienia.
- To wy mi wybaczcie! - odezwała się wreszcie z zakłopotaniem. - Nie powinnam was tak brutalnie wciągać we wspomnienia. - Powiecie mi o tym, jak trochę się oswoicie z Ziemią.
- To byli wspaniali ludzie - powiedziała Anna z głębokim przekonaniem, jakby wcale nie słyszała ostatniego zdania Lary.
Pet spojrzał na nią ze zrozumieniem i w milczeniu ujął jej dłoń, leżącą bezwładnie na stole. Odwzajemniła mu uścisk i uśmiechnęła się do niego niezręcznie. W jej oczach robiło się coraz bardziej mokro i Pet zaczął się obawiać, że zaraz naprawdę się rozpłacze.
- I tak musimy przez to przejść - rzekł miękko, wciąż trzymając dłoń Anny. - Chociażby ze względu na ich pamięć - dodał uroczyście.
- Wybaczcie! Za duże tempo, jak na mnie - Anna wyswobodziła swoją dłoń i uśmiechając się przepraszająco, poprawiła włosy w nerwowym i absolutnie niepotrzebnym geście.
- Mieliśmy awarię zespołów sterujących silnikami - zaczął Pet. - Straciliśmy nad nimi kontrolę przy pełnym ciągu. Przez dwa lata lecieliśmy z trzykrotnym przyspieszeniem. Dopiero Jeni, nasz dowódca, zaryzykował i wszedł do głównego stosu, aby ręcznie zablokować dopływ energii do silników. W godzinę później umarł. W tym czasie leżeliśmy w większości w hibernatorach, czekając na wyniki kolejnych prób naprawy zniszczonych zespołów. Po obudzeniu okazało się, że lecimy w zupełnie innym kierunku niż zamierzaliśmy. Wtedy postanowiliśmy ustalić dwuletnie dyżury trzyosobowe w czasie których dyżurni mieli zająć się głównie naprawą zespołów sterujących i aktualizacją mapy nieba. Po prawie trzystu latach znaleźliśmy się na skraju Plejad. Na Ziemi upłynęło ponad tysiąc pięćset lat. Piętnaście wieków...
- Teraz już trzydzieści - sprostowała Anna.
- Hildor też zginął? - zapytała nagle Lara.
- Hildor? - Anna potrząsnęła ze zdziwieniem głową. - Przecież on nie leciał z nami.
- To staruszek wybrał się jednak w kosmos? - zainteresował się Pet.
- Mamy bardzo niepełne informacje o waszym locie - Lara kiwnęła przepraszająco. - Jego nazwisko występuje w informacjach o "Feniksie", ale bez żadnych szczegółów. Myślałam, że leciał z wami.
- On był tak stary, że nie wiem, czy przetrzymałby taki lot - powiedziała z powątpiewaniem Anna.
- A czym się zajmował? Według naszych danych był genetykiem - Lara powiedziała to lekkim tonem, jakby w ogóle nie przywiązywała do tej informacji żadnej wagi.
Pet wątpił w to jednak. Anna najwyraźniej też, bo odezwała się z wyraźnym żachnięciem.
- Genetykiem? Macie duże braki w waszym archiwum. Hildor był odkrywcą nowego systemu hibernacji. Tego właśnie, który zastosowano w "Feniksie".
- Widocznie nasze dane są pomieszane - zgodziła się Lara. - Trzydzieści wieków to szmat czasu.
- On chyba rzeczywiście kiedyś zajmował się genetyką - rzekł z wahaniem Pet. - Ale było to ładnych kilkadziesiąt lat przed naszym odlotem.
- Wy również robiliście jakieś prace z tej dziedziny? - zapytała Lara.
- Chyba archiwiści w naszych czasach byli naprawdę niezbyt wykształceni - wtrąciła Anna, wzruszając lekko ramionami. - Pisaliśmy parę artykułów o zaletach systemu hibernacji Hildora. To rzeczywiście było wspaniałe osiągnięcie. Usypianie i powrót do życia trwają zaledwie po dziesięć minut. Dotąd ten proces zajmował do kilku dni - wyjaśniła dalej tonem zapaleńca. - W wypadku awarii, czy w ogóle potrzeby natychmiastowego przebudzenia załogi, proces Hildora był niezastąpiony. Dawał załodze jakieś realne szanse walczenia o życie. Dotąd uśpiona załoga była praktycznie zdana na los szczęścia. Ale... wy teraz pewnie macie lepsze metody - dodała nagle uświadamiając sobie, że jej wiedza pochodzi z czasów prehistorycznych.
- Obawiam się, że nie - odparła niezdecydowanie Lara. - Mówiłam wam, że od dawna nie latamy w kosmos. Będziesz musiała kiedyś wyjaśnić mi to szczegółowo.
- Z przyjemnością - Anna wyraźnie ucieszyła się, że mimo upływu czasu nie jest aż tak zacofana. - Kiedy zechcesz - dodała tonem dziewczynki ucieszonej zainteresowaniem, jakie okazał dla jej pomysłu ktoś strasznie dorosły.
Lara uśmiechnęła się lekko, słysząc te słowa, ale nic nie powiedziała.
- Najprościej będzie, jak polecimy razem na "Feniksa" - zaproponował Pet. - Tam sobie wszystko obejrzysz dokładnie.
- Z przyjemnością - ucieszyła się tym razem Lara. - Myślę, że najwyższy czas zostawić was teraz samych. Najlepiej idźcie spać, bo już strasznie późno. Jutro wrócimy do naszej rozmowy.
To mówiąc, podniosła się od stołu. To samo uczynili Pet z Anną. Już przy drzwiach Lara zatrzymała się na chwilę, jakby coś jej się przypomniało.
- Jakbyście się zdecydowali, to jutro z rana moglibyście zostać poddani procesowi nauki, a dopiero potem byśmy polecieli na "Feniksa". W ten sposób wiedzielibyście tyle, co ja. To by wam znakomicie ułatwiło poznawanie nowej Ziemi.
- Myślę, że nie ma co tego odwlekać - zgodził się Pet.
- Ale nie wcześniej niż po południu - dorzuciła Anna - Jestem potwornie zmęczona.
- A więc do południa - odparła Lara z uśmiechem i wyszła wyraźnie zadowolona ze spotkania.
Pet powoli zamknął za nią drzwi. Przez chwilę obydwoje milczeli, patrząc na siebie w zamyśleniu.
- Bardzo miła kobieta - odezwał się wreszcie Pet.
- Tak, nawet mi trochę głupio, że się pokłóciłyśmy - odparła Anna, patrząc uważnie w oczy Peta.
- Skończmy wreszcie tę farsę! - dodała w myślach.
- Nie przejmuj się - uspokoił ją Pet, nie zwracając uwagi na jej uwagę telepatyczną, - Obydwoje jesteśmy mocno podnieceni powrotem. Przecież marzyliśmy o nim.
- Chodźmy lepiej spać, jak radziła Lara - powiedziała Anna. - Czuję, że jeszcze trochę, a się rozpłaczę - dodała na głos, a w myślach dorzuciła - ze wzruszenia nad twoimi zdolnościami aktorskimi.
- Tak jakbyś była gorsza ode mnie. Myślałem, że naprawdę się rozpłaczesz na wspomnienie o śmierci reszty załogi - nadał Pet, a na głos dodał zmęczonym tonem: - Masz rację. Ja też jestem padnięty.
Przez parę następnych minut nic nie mówili i nie myśleli o sobie. Obydwoje starali się ułożyć jak najwygodniej na łóżku.
- Nie wiem, czy się tu pomieścimy razem - stwierdziła nagle Anna. - Może lepiej będzie, jak przejdziesz do drugiego pokoju?
- Co ci się stało? - pomyślał zdziwiony Pet.
- Jestem zazdrosna o Larę. Kobiety nie zapominają tak łatwo o zdradzie - nadała mu z kpiną w której wyczuł jednak odrobinę szczerości.
- Gdzie się podziała twoja precyzja? Nie ma mowy o żadnej zdradzie.
- Ale nie jest to twoją zasługą.
- Nie gniewaj się! - powiedział na głos. - Przecież nic nie było między mną a Larą.
- Widziałam, jak ona na ciebie patrzyła - odpowiedziała Anna również na głos.
- Wybacz! - mruknął, pochylając się, aby ją pocałować.
Wywinęła mu się zręcznie.
- Ta scena najwyraźniej ci nie wyszła - nadała z nie ukrywaną kpiną.
- Śpijmy lepiej! Jutro czeka nas mnóstwo spraw. Dobranoc - powiedział na głos i położył się na boku.
Przez chwilę nic nie mówili, nawet w myślach. Wreszcie Pet uznał, że musieli przekonać wszystkich obserwatorów, że już zasnęli.
- Co sądzisz o tej wizycie? - nadał.
- Mamy czas jutro do dwunastej, czyli jakieś dziesięć godzin.
- Jeśli się poddamy hipnozie, to obawiam się, że nie uda nam się jej oprzeć.
- Tej, które używają w procesie przekazywania myśli między kopią a oryginałem, z pewnością ulegniemy. Nie wiem jednak, czy w naszym przypadku zastosują ten sam proces.
- Z pewnością. Przecież kazali przygotować dwa zestawy adaptacyjne w zespole zajmującym się Naborem.
- Racja.
- Więc co zrobimy?
- Możemy oddziaływać na większość ludzi tu obecnych bez ryzyka zdemaskowania. Na telepatów, takich jak ten Wuur również, jeśli zrobimy na nich wrażenie, że to Tajna Rada przemawia do nich.
- Jeśli zaś nie zgodzimy się na propozycję Lary, to obudzimy ich podejrzenia.
- Dzikim możemy wszczepić nasze własne polecenia. To już coś.
- Możemy to zrobić każdemu. Tylko że nie możemy się z tym zdradzić.
- Nie sądzisz chyba, że potrafimy rozkazywać telepatycznie miliardowi ludzi jednocześnie. O taką megalomanię mimo wszystko cię nie podejrzewam.
- Dzikim rozkazują przez radio.
- Można im nawet rozkazać zdobyć wieże. Wiem o tym.
- Nie wygłupiaj się! To poważna sprawa.
- Myślałam, że chodzi tylko o zabawę. Chciałbyś bawić się z nimi w kotka i myszkę. Powiedz, że o tym tylko marzysz.
- Minęło już kilka cennych minut z tych dziesięciu godzin - przypomniał jej z wyrzutem i nie ukrywaną złością - a ty wciąż robisz z siebie idiotkę.
- Myślisz, że możemy swobodnie wchodzić i wychodzić z naszych pokoi?
- Nie wiem - zawahał się na moment - Raczej tak.
- Ci faceci, co wnosili naszą kolację, wyglądali na tych samych, których Loop nam przydzielił po przylocie. Oni chyba cały czas siedzą pod naszymi drzwiami.
- Jest ich zaledwie czterech.
- Musimy się, niestety, zdemaskować.
- Chcesz ich zgładzić?
- Dowiedzieć się wszystkiego o rozkładzie tej wieży. Plan, zabezpieczenia, system kontroli, liczba strażników, sposoby wyjścia z niej.
- Najpierw trzeba ustalić, co zamierzamy zrobić.
- Myślałam, że to jasne.
- Udaremnić zamiar Tajnej Rady - to jedno, a zrobić to tak, żeby nie zauważyli - to drugie.
- Sabotaż? - zapytała zaciekawiona.
- Bardzo subtelny - odparł starannie unikając bliższego sprecyzowania swojej myśli. - Ci pod drzwiami z pewnością nie są telepatami. Loop nie poszedłby na takie ryzyko - dodał.
- Możemy nakazać im wszystko, co tylko ci przyjdzie do głowy.
- Jak przedstawia się dokładna sprawa wiary w tego Herstha?
- Wiesz tyle, co ja.
- Ty lepiej wyczuwasz tę wiedzę - przypomniał jej z lekkim żalem.
- To coś w rodzaju religii dzikich.
- W wieżach panuje pełny racjonalizm?
- No wiesz, pozostały pewne ślady w obiegowym języku - tu zawahała się na moment: - Zresztą to tylko wrażenie.
- A ściślej?
- Mówi się w niektórych sytuacjach "Na Herstha", nic więcej.
- Jak myślisz, czy życie codziennie bardzo odbiega od naszych wyobrażeń sprzed trzydziestu wieków?
Chyba nie zmieniło się zbytnio - znów zawahała się. Pytasz mnie o rzeczy, których nie wiem. Nie mam nawet żadnego wyobrażenia - dodała z rezygnacją.
- To ty sondowałaś myśli Wuura.
- Nie bądź dzieckiem! Wiesz tyle, co ja. Byłeś przecież w moich myślach.
- O jednym jestem przeświadczony - odezwał się po długim milczeniu. - Tych czterech musimy pozyskać dla siebie. Potrafimy wprowadzić zmiany w ich myśli i musimy to zrobić.
- A konkretnie?
- Przylecieliśmy z czasów, w których żył Hersth. Wiemy, jak wyglądały jego prawdziwe zamierzenia i nie podoba nam się to, co robi Loop i reszta.
- Tego właśnie chce uniknąć Loop.
- I musimy w nim umocnić poczucie słuszności jego decyzji. Oni powinni rozsiać plotki na ten temat po całej wieży. Więcej, powinni dawać do zrozumienia, że Tajna Rada robi wszystko, żeby nas zneutralizować.
- Jest to do zrobienia. Jeśli Kontestatorzy są rzeczywiście taką potencjalną groźbą, jak to wynikało z rozmowy Loopa z Radą w grawilocie, to muszą już teraz o nas wiedzieć i powinni to w jakiś sposób wygrać dla swoich celów. To, co proponujesz, ułatwi im tylko zadanie. Tym bardziej że Rada niezbyt się nimi przejmuje.
- Teraz jest Nabór. Dojdzie czterdzieści tysięcy nowych ludzi. Oni będą głównym celem rozgrywek Kontestatorów i Tajnej Rady.
- W takim razie musimy dokonać tego zabiegu na dzikich, którzy przechodzą Nabór w tej wieży.
- Ryzykowne. Nic praktycznie nie wiemy o zwyczajach tych ludzi - zaoponował Pet. - Nie wiem też, czy potrafimy odpowiednio zrekonstruować strukturę ich myśli.
- Takie samo ryzyko odnosi się do tych czterech pod drzwiami.
- Może masz rację - Pet dalej nie był przekonany.
- Ryzyko jest takie same. Jeśli je podejmować, to na jak największą skalę.
- Zgoda - wyczuła w jego myśli dawną determinację z czasów podboju Hildora.
- Musimy się dostać do Wuura.
- Najpierw tych czterech - przypomniał jej Pet.
- Pojedynczo?
- Tak będzie lepiej.
Następne pół godziny upłynęło im na wnikaniu w myśli czterech strażników, pilnujących ich pokoju. Już na samym początku okazało się, że Loop nakazał meldować sobie o wszystkich czynnościach Peta i Anny. Najpierw więc upewnili się, że wysłali już wiadomość, że obydwoje zasnęli. Cała ta czwórka pochodziła z ostatniego Naboru i praktycznie nie umiała stosować nawet telepatii, dokładnie jak to przewidywał Pet. Po półgodzinnym zabiegu każdy z nich był przekonany, że Pet i Anna są kimś wyjątkowym, wiedzącym o Hersthcie więcej nawet niż Tajna Rada, która postanowiła ich z tego powodu zgładzić. Mieli również jasność co do faktu, że przybysze potępiają działalność Rady. Ich zadaniem było przekazanie tej wiedzy wszystkim zainteresowanym, to znaczy każdemu, do którego mogą mieć zaufanie, że nie doniesie o rozmowie komuś z Nowych Ludzi. Przy okazji dowiedzieli się, że Tajna Rada co tydzień urządza narady w tej właśnie wieży i że za przywódcę Kontestatorów uważany jest niejaki Kuffa, historyk mieszkający w Brazylii. Okazało się, że Lara również sprzyja po części Kontestatorom, a w każdym razie gotowa jest ich wykorzystać do swoich celów. Wszystkie te wiadomości były rezultatem plotek wśród bezpośrednich współpracowników i personelu technicznego Loopa. Od nich też Pet z Anną dowiedzieli się o najlepszej drodze dotarcia do Wuura.
- Trzeba iść! - rzekł Pet po krótkiej chwili odpoczynku, jaką sobie sprawili po zakończeniu sondowania myśli strażników.
- W sali kontroli zainstalowany jest system rejestrujący dźwięk i obraz w czasie całego Naboru. Pamiętaj o tym! - Anna zrobiła się nagle nerwowa.
- Czego się obawiasz? - zapytał zdziwiony Pet. - Przecież, Jak dotąd, wszystko poszło doskonale.
- Nigdy nie próbowaliśmy zmieniać czyichś myśli na taką skalę. Nawet na Hildorze były to sporadyczne wypadki.
- Tam byli nasi.
- ...
- Tak, masz rację. Rozumiem - zreflektował się Pet - ale sama wiesz, że nie mamy wyboru. W tej rozgrywce nie będzie remisu. Albo Tajna Rada podda nas zabiegowi i wykorzysta do własnych celów, albo uda nam się uniemożliwić ich zamiar. W tym celu musimy iść na maksymalne ryzyko. To też już nie są ci sami ludzie, co przed trzema tysiącami lat.
- Chodźmy więc! - westchnęła cicho Anna i pierwsza skierowała się w stronę drzwi.
Wyszła pierwsza. Tuż za nią podążał Pet skupiony maksymalnie i gotów zogniskować swoje pole w mózgu każdego, kto stanąłby na ich drodze. Przez chwilę trwali w milczeniu czekając na reakcje strażników. Nie było jednak żadnych niespodzianek. Wszyscy czterej skłonili im się w milczeniu. Wreszcie jeden z nich podniósł lekko głowę i zapytał:
- Czy potrzebujecie naszej pomocy, Czcigodni?
- Zachowujcie się tak, jakbyśmy nigdy nie wychodzili z naszych pokoi - rozkazał im Pet, tym samym tonem, co poprzednio Loop.
W odpowiedzi skłonili się jeszcze niżej i ten sam, co przed chwilą ofiarował im swoją pomoc, zapewnił ich z oddaniem w głosie:
- Wasza wola jest dla nas rozkazem - Czcigodni.
Dalej szli w milczeniu do końca korytarza. Stanęli wreszcie przed drzwiami windy głównej.
- Który poziom? - zapytał Pet.
- Minus trzydzieści - odparła Anna - ale i tak nie dostaniemy się tam bez znajomości odpowiedniego hasła.
- Jedziemy więc na poziom minus dwadzieścia dziewięć. Są tam tylko instalacje energetyczne, więc nie powinno być ludzi. Spróbujemy złapać kontakt z Wuurem.
Wsiedli do windy i Anna dotknęła odpowiedniego czujnika. Kiedy winda zatrzymała się, znów ujrzeli przed sobą korytarz. Różnił się on tym od tego, który opuścili, że nie było w nim żadnych drzwi.
- Chyba nie ma sensu pchać się, dalej - w myślach Peta dało się wyczuć duże napięcie.
- Pilnuj mnie! - skwitowała jego wypowiedź i zaczęła szukać myśli Wuura. Tym razem jej zadanie było o wiele łatwiejsze do zrealizowania, bo wcześniej już była z nim w kontakcie telepatycznym, ale i tak zajęło jej to prawie kwadrans. Pet, który większość czasu śledził uważnie jej myśli, wyczuł, że ktoś zbliża się w ich stronę. Otoczył więc Annę polem blokady myślowej, a sam skoncentrował się na wniknięciu w myśli nadchodzącej osoby.
- Kimś jesteście i co tutaj robicie? - odebrał ku swemu zdziwieniu pytanie telepatyczne.
Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. W żadnym wypadku nie mógł dopuścić do wniknięcia w myśli Anny. Na zogniskowanie pola miał jeszcze dużo czasu. Nie chciał jednak za wszelką cenę dopuścić do tej ostateczności. Niespodziewany trup tuż koło poziomu Naboru narobiłby niepotrzebnego zamieszania i mógłby ściągnąć na nich podejrzenia. Postanowił wysondować wpierw myśli nadchodzącego. Był to mężczyzna. Pet wtargnął w niego z całą siłą. Odrobinę za mocno, jak na możliwości przybysza, który po prostu zemdlał. W tym momencie Anna już uzyskała potrzebną informację i włączyła się w jego myśli, żeby zorientować się w sytuacji.
- Mam nadzieję, że go me zabiłeś - nadała z obawa.
- Nie sądziłem, że oni są tak słabi - mruknął Pet i zaczął badać przybysza. Był to Nowy Człowiek. Jeden z bezpośrednich kontrolerów Naboru. On również znał hasło, co w tym momencie nie miało znaczenia. Nie wiedział nic o procesie zmiany ciał, więc nie mógł to być ktoś ważny. Nazywał się Jar i był elektronikiem. Pet pobieżnie tylko przeleciał przez jego wiedzę, przyswajając sobie ją trochę na chybił trafił.
- Daj spokój - ponagliła go Anna - nie mamy czasu.
- Zabić go?
- Oszalałeś?! - Zrób z nim to samo, co z naszymi strażnikami.
- To potrwa.
- Niech trwa. Nakaż mu spełnianie wszystkich naszych poleceń wysyłanych głosem lub telepatycznie - dodała, jak zwykle praktyczna.
Na poziomie minus dwadzieścia dziewięć stracili ponad pół godziny. W zamian zyskali jednak potężnego sojusznika. Jar kontrolował bowiem cały system energetyczny wieży. Co więcej, miał zdolność teleportacji, tak że mogli go wezwać w każdej chwili do dowolnego punktu wieży.
- Hasło Ruban - mruknął nie wiedzieć czemu na głos Pet i nie oglądając się na leżącego wciąż Jara skierował się stronę windy.
- Człowiek Herstha - odpowiedziała mu w myślach Anna, bardzo zdziwiona.
- Jak to? - Pet przystanął zaniepokojony.
- Według pamięci Wuura, hasło brzmi Człowiek Herstha.
- Według tego faceta - Pet wskazał kciukiem na wciąż leżącego Jara - brzmi ono Ruban - nadał nie ukrywając niepokoju - Zdaje się, że podświadomie uważaliśmy ich za idiotów - dodał niepewnie - zastanawiając się gorączkowo nad sytuacją.
- Być może, wejścia do sekcji Naboru strzeże system kontroli biologicznej podobny do tego, który mamy na "Feniksie?"
- W takim razie nie mamy żadnych szans.
- Chyba że ten facet - Anna powtórzyła ironicznie gest Peta sprzed minuty - pójdzie z nami i otworzy nam drzwi.
- To jest myśl - ożywił się Pet - możesz nawet kazać to zrobić Wuurowi - dodał, wyraźnie zapalony do swego pomysłu.
- Chyba się jednak starzejesz - Anna spojrzała na niego z udanym zatroskaniem - Wuur musi być pod ciągłą obserwacją.
- Niech będzie Jar - zgodził się Pet, udając że nie dostrzega ironii. W końcu miała trochę racji. Jeśli od początku zacznie popełniać szkolne błędy, to ich eskapada skończy się błyskawicznie.
- Ładnie go urządziłeś - odebrał Annę, która pochylała się nad nieprzytomnym Jarem.
- Nie sądziłem, że oni są tacy słabi - odparł, również pochylając się nad nim.
Kilka policzków rozniosło się niebezpiecznie głośnym echem po pustym korytarzu. W spojrzeniu Anny dostrzegł teraz lekki wyrzut.
- W naszej sytuacji te kilka plaśnięć nie może zaszkodzić - usprawiedliwił się.
- Uważam, że już i tak przekroczyliśmy wszelkie prawdopodobne szanse pozostania niezauważalnymi. Tylko cud powoduje, że jeszcze nas nie wykryto - Anna wzruszyła ramionami, patrząc z niesmakiem jak Pet doprowadza Jara do przytomności. Nagle wydało się jej, że poruszył powiekami. Delikatnie wkroczyła w jego myśli. Wracał do przytomności. Pet również to dostrzegł. Oboje z Anną jeszcze raz przeszukali jego mózg. Jar miał dostęp tylko do części pomieszczeń Naboru. Tam gdzie obowiązywało hasło Ruban. Dalej mógł wejść tylko Wuur, Jena i członkowie Tajnej Rady.
Kiedy już oboje znaleźli się na trzydziestym poziomie i odprawili Jara, Pet poczuł nieprzyjemne ssanie w żołądku. Stąd już nie było odwrotu.
- Nie podoba mi się to wszystko - nadała wreszcie Anna, odruchowo przysuwając się bliżej Peta.
- Mnie też - zapewnił ją z całym przekonaniem, na jakie mógł się zdobyć.
- Dlaczego tu nie ma żadnych straży? - zaniepokoiła się nagle.
- Po prostu Loop ma zaufanie do sytemu zabezpieczeń. Nie zapominaj, że bez jego wiedzy nikt nie może się dostać do tej wieży.
- Mogą mieć system kamer.
- Oni zabiliby nas za samo zdradzenie się z naszymi możliwościami. Te kamery trzeba wliczyć w ryzyko własne.
- Chyba znowu trzeba będzie sondować w myślach Wuura - westchnęła Anna - on w końcu zacznie coś podejrzewać.
- Zrób z nim to samo, co z innymi.
Anna przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Mimo blokady, którą się otoczyła, Pet wiedział że obawia się tego, Wuur był zbyt blisko Tajnej Rady. Nie mieli jednak innego wyjścia. Po paru minutach okazało się, że Wuur może wpuścić ich do wewnątrz. Było to duże niedopatrzenie ze strony Loopa. Tym bardziej że ze stanowiska Wuura można było sterować programem hipnotycznym we wszystkich wieżach.
- To wszystko jest zbyt proste - nadała Anna, kiedy już znaleźli się we wnętrzu.
- Nikt nie uwzględnia w swoich planach interwencji bogów - odparł Pet - postaraj się ich zrozumieć i wybaczyć.
- Nie posądzałam cię o taką megalomanię.
- Nawet nie podejrzewasz jej wielkości.
- Pobaw się w boga z Jeną. Musimy wiedzieć wszystko to, co ona wie. Ja zajmę się Naborem. Przez następne trzydzieści minut obydwoje byli zajęci swoimi sprawami. Tylko raz ciszę zakłócił wideofon przy pulpicie Wuura. To Loop upewniał się, że Nabór przebiega normalnie. Tymczasem Pet zajmował się wszczepianiem w podświadomość Jeny tych samych poleceń, co wszystkim pozostałym osobom. Anna natomiast już bez zahamowań robiła to samo z Wuurem.
Po przedsięwzięciu tych kroków bezpieczeństwa, obydwoje skupili się na aparaturze służącej do hipnotycznego nauczania dzikich. Przez godzinę pracowali w skupieniu, zmieniając standardowe procedury. Ich cel był prosty. Wszyscy dzicy mieli mieć wszczepiony nakaz posłuszeństwa wobec Peta i Anny. Po krótkiej wymianie myśli dodali nakaz robienia wszystkiego, co w ich mocy dla wybrania Noora członkiem Tajnej Rady. Ich praca nie była zbyt skomplikowana. Posiadali jednocześnie wiedzę Jeny i Wuura oraz własne doświadczenie, więc wystarczyło zaledwie kilka minut na zaprogramowanie podstawowego nakazu. Komplikacje zaczynały się dopiero przy zabezpieczaniu tych nakazów przed przedwczesnym wyzwoleniem się. Ta część zajęła im w sumie prawie czterdzieści minut. W kwadrans później program został przesłany do wszystkich wież na Ziemi. Nie udało im się tylko kompletnie zatuszować śladów działalności. Procedury zostały uzupełnione dodatkiem automatycznie, za pośrednictwem głównego mózgu Naboru. W nim właśnie tkwiło niebezpieczeństwo. Ślad interwencji pozostał w pamięci wieczystej, gdzie przechowywane były wszystkie rozkazy wydane w ramach kolejnego Naboru. Ich kompletne wymazanie wymagało zniszczenia całej wieży.
- Ten Hersth nie był głupi - nadal zrezygnowany Pet po kolejnej próbie rozwiązania problemu.
- Zostaw - Anna wzruszyła lekceważąco ramionami. - Lepiej przyjrzyjmy się matrycom nowych ciał - dodała.
Przez następną godzinę uważnie analizowali strukturę ciał mieszkańców wież.
- Mają o kilka potencjalnych możliwości mniej niż my - stwierdził w końcu Pet.
- Oni mają teleportację, a my nie.
- Potencjalnie my również powinniśmy być do tego zdolni.
- Może to kwestia tego promieniowania?
- Niech komputer pokaże nam jego działanie na ekranie - rozkazał Pet Wuurowi.
Następnie uważnie wpatrywali się w ekran, na którym dokonywała się dziwna reakcja, z której z początku nic nie rozumieli. Dopiero po kilkakrotnym powtórzeniu Anna zorientowała się w działaniu tego promieniowania.
- Wydaje się, że to coś na kształt katalizatora. Ono zwiększa po prostu szanse rozwinięcia się potencjalnych możliwości każdego człowieka.
- Być może - odparł niepewnie Pet. - Nie wygląda na to, żeby zmieniało strukturę genetyczną.
- Wuur - każ podać symulację wpływu tego promieniowania w ciągu tysiąca lat - rozkazała Anna. Po chwili mieli już jasność sytuacji. Promieniowanie było katalizatorem. Uspokojeni tym faktem, zaczęli się obydwoje zastanawiać nad możliwością zmodyfikowania hipnotyzerów na dwóch dodatkowych stanowiskach przygotowanych dla nich z rozkaz Loopa. Po chwili wiedzieli na pewno, że nic się nie da zrobić. Oba stanowiska były sterowane ręcznie. Wątpliwe było, żeby kierował nimi ktoś inny niż członek Tajnej Rady.
- Musi być jakieś wyjście - nadał Pet z desperacją.
- Śmiem wątpić. Możemy tylko uciec. O ile pamięć Wuura jest nie zafałszowana, to możemy się stąd porozumieć z "Feniksem."
- Myślisz, że długo potrwa zanim nas tam znajdą?
- Nie będą mogli wedrzeć się siłą. To już jest coś.
Pet pokiwał nie przekonany głową i przyglądał się w milczeniu, jak Anna nawiązuje łączność z ich statkiem i żąda przysłania kapsuły zwiadowczej do stóp ich wieży. Był przekonany, że to nie ma sensu.
- Która godzina - zapytał nagle.
- Druga dwadzieścia siedem, Czcigodny - odparł Wuur.
- Zarodnik rozwija się w sześć godzin - mruknął do siebie.
- Co chcesz zrobić? - Anna przyglądała mu się z zaciekawieniem.
- Czy masz dwa wolne zarodniki? - zapytał Wuura, jakby nie słysząc Anny.
- Pet. Chyba oszalałeś. Nie mam najmniejszego zamiaru poddawać się zamianie ciała.
- Mamy godzinę czasu na przygotowanie odpowiednich programów.
- I co potem?
Zrobimy dwa ciała. Nasze ciała - powiedział, jakby chodziło o wyprodukowanie breloczków do kluczy. - Tylko że nie przekażemy im naszej osobowości. Jedynie minimum potrzebne do zabezpieczenia ich przetrwania.
- Potem staniemy obok nich licząc na to, że Loop wybierze za cel kopie, a nie nas. Dziękuję. Przygotuj jedno ciało. Dla siebie. Ja wrócę do "Feniksa".
- Kopiami będziemy mogli sterować telepatycznie. Właśnie z "Feniksa" - nadał z triumfem w głosie.
Anna przyglądała mu się podejrzliwie, zastanawiając się nad propozycją. Musiała przyznać, że tylko pozbawiony wszelkich skrupułów Pet mógł wymyślić równie przewrotną intrygę.
- Możemy nie zdążyć - zgodziła się wreszcie. - Zresztą nie mamy innego wyjścia.
W miarę jak kończyli pracę nad przygotowaniem kopii, Anna coraz bardziej przekonywała się do pomysłu Peta.
- To jest tak nieprawdopodobne, że musi się udać - nadała z przekonaniem, kiedy skończyli już pracę i przyglądali się, jak maszyny zajmują się rozwijaniem ich zarodników.
- W każdym razie powinno - skorygował Pet.
- Myślisz, że mogli odkryć kapsułę? - zapytał nagle, zaniepokojony.
- Wątpię. Nie mają powodu, żeby kontrolować powietrze.
- Co my o tym wiemy? - Pet lekko wzruszył ramionami, jakby zrzucając z siebie ciężar napięcia, w którym znajdował się od kilkunastu godzin.
- Nie nadajemy się na bogów - stwierdził wreszcie z żałosnym uśmiechem.
- Ani na męczenników.
- Ile czasu jeszcze potrzebują nasze zarodniki? - Pet zwrócił się do Wuura.
- Około godziny, Czcigodny.
- Czy kopie będą w stanie chodzić zaraz po zakończeniu procesu?
- Potrzebne jest półgodzinne przygotowanie, Czcigodny.
- Czy możliwe jest uruchomienie tego procesu już teraz? - włączyła się Anna.
- Tak, choć tego się nigdy nie stosowało, Czcigodna.
- Nie szkodzi. Zaczynaj - rozkazał Pet.
- Czy pomyślałaś, w jaki sposób kopie dostaną się do naszych pokoi - a my do kapsuły? - zapytał Anny.
- Kopie poprowadzimy sami, a z wieży jest kilkadziesiąt różnych wyjść.
- Zapewne strzeżonych.
- Pokaż nam plany wyjść z wieży wraz z zabezpieczeniami - rozkazała Wuurowi.
Po chwili na głównym ekranie komputer wyświetlił dość przejrzysty rysunek.
- Chyba miałeś rację. Oni nie tylko nie są głupi - stwierdziła - ale na dodatek są nieufni.
- Czy to wszystkie wyjścia? - zainteresował się Pet.
- Są jeszcze wyjścia awaryjne, na wypadek katastrofy, Czcigodny, ale z nich nigdy nikt nie korzystał.
- Pokaż nam je.
- Chwilami wydaje mi się, że od dawna umiem przewidywać przyszłość - podsumował Pet, po obejrzeniu schematu.
- Można kazać wyłączyć system ochronny podsunęła ma Anna.
- Co z pewnością wywoła alarm.
- Którędy dostają się tutaj tubylcy podczas Naboru?
- Przez główną bramę, Czcigodny.
- Otworzyć ją można z tego miejsca, prawda?
- Tak, Czcigodny.
- To byłoby to - Anna odetchnęła z ulgą.
- Mamy jeszcze godzinę - nadał nerwowo Pet i zaczął odruchowo stukać palcami po pulpicie kontrolnym. Anna patrzyła gdzieś w kąt, przygryzając od czasu do czasu wargi. Jedynie Wuur zachowywał się, jakby nic się nie stało. Dla niego nic się nie stało. Mógł być tylko zaszczycony obecnością swoich władców.
- Jesteś pewna, że niczego nie przeoczyliśmy? - nie wytrzymał wreszcie tego milczenia Pet. Anna wzruszyła ramionami i pokręciła z rozdrażnieniem głową.
- Tak samo jak ty. Te kopie powinni kupić. Przynajmniej na jakiś czas. Później zobaczymy.
- Boję się, że zostawiliśmy mnóstwo śladów w komputerze. Jeśli się o tym dowiedzą, to nie będą się zastanawiać ani chwili.
- Sam wiesz, że nie jest tak prosto nas zabić.
- Ale z kopiami pójdzie im łatwiej. Na odległość nie będziesz miała takiego refleksu, jak normalnie. - Dopóki nie dowiedzą się o zamianie, będą się zastanawiać zanim porwą się na nas. Zapominasz o Kontestatorach.
Potem znowu obydwoje zamilkli. Do momentu, kiedy Wuur oznajmił im, że kopie są gotowe nie odezwali się ani słowem.
- Głupio się czuję - wyznała Anna z niewyraźnym uśmiechem.
- Nie mamy czasu. Zaczynajmy.
Rozpoczęli trudny i delikatny proces kierowania swoimi nowymi ciałami. Na początek kazali im przyjść do sali kontroli.
- Boże, ale jesteśmy idioci. - Pet z wrażenia powiedział to na głos. Obok dał się słyszeć nerwowy śmiech Anny. Śmiała się długo i wreszcie zaraziła tym Peta. Sytuacja nie była tymczasem taka śmieszna. Ich sobowtóry były nagie.
- To było prawie genialne - nadała wreszcie Anna. - Zapomnieliśmy tylko o jednym. To całkiem nieźle, jak na warunki, w jakich działamy.
- Nie mamy wyjścia - Pet był wyraźnie zły na siebie. - Rozbieraj się.
- Odwróciłbyś się może - nadała, łapiąc jednocześnie napad śmiechu. Zdjęła jakoś swoją tunikę i nakazała swojej kopii ubrać się w nią. Kiedy wreszcie opanowała śmiech, obejrzała Peta, krzywiąc się z niesmakiem.
- Obaj jesteście tak samo nieciekawi - podsumowała wynik porównania - Tak strasznie bladzi - dodała tym samym tonem.
Pet nic nie odpowiedział, bo czynił podobne obserwacje, co ona. Ich wynik jednak zachował dla siebie, aczkolwiek przez chwilę dało się zauważyć w jego oczach coś na kształt paniki i obawy, że przyglądał się jednak zbyt długo. Jego wysiłki nie umknęły oczywiście jej uwadze.
- Satyr - nadała z oburzeniem, które było tylko odrobinę przesadzone.
Po chwili znowu zaczęła się śmiać, tylko tym razem bezgłośnie. Wprawiło to jej piersi w dość rytmiczny ruch, który zaczął wywierać hipnotyzujący efekt na Peta.
Te początki niebezpiecznej idylli przerwał sygnał wideofonu. Loop po raz drugi za ich bytności w sali kontrolnej interesował się Naborem.
- Przystępujemy do etapu nauczania, Czcigodny - rozległ się uniżony głos Wuura.
- Zawiadom mnie, kiedy rozpocznie się ostatni etap - rzucił Loop i wyłączył się, co Pet i Anna, przyjęli z ulgą. Mimo wszystko dziwnie się czuli stojąc nago w zakazanym dla nich miejscu. Człowiek zawsze będzie wolał ryzykować w ubraniu, nawet jeśli jest nim tunika.
- Zaczynamy - nadał pospiesznie Pet, zapominając o swoich kłopotach sprzed paru minut.
- Zaczekaj chwilę - Anna nerwowymi ruchami łączyła się z "Feniksem", każąc podstawić kapsułę pod główną bramę.
- Z której strony jest ta brama? - zapytała Wuura.
- Na linii północnej, Czcigodna.
- Zacznijmy w końcu - mruknął Pet, każąc Jarowi przybyć na poziom trzydziesty.
- Cholera - zaklął po chwili.
- Ten idiota już śpi - wyjaśnił, widząc zdziwione spojrzenie Anny.
- Zostaw. Wuur nas wypuści.
Kopie doprowadzili do swoich pokoi bez przeszkód, jeśli nie liczyć lekkiego napięcia, które towarzyszyło im przez całą drogę. Wynikało ono nie tyle z faktu, że w każdej chwili mogli się natknąć na kogoś niepowołanego, ile z tego, że po raz pierwszy kierowali na odległość sobą samymi. Było to dziwne uczucie, jakiego dotąd nie znali. Co innego wyobrazić sobie teoretycznie taką możliwość, a co innego zrealizować ją w praktyce.
Reszta poszła również nadspodziewanie gładko. Punktualnie o siódmej rano znaleźli się na pokładzie zwiadowczym "Feniksa". Ich pierwszą czynnością było zamówienie budzenia na 11-tą. Następnie położyli się w sali hibernacyjnej i zasnęli pogłębionym snem hipnotycznym, w czasie którego ich ciała zostały poddane wszelkim możliwym procesom regeneracyjnym. Rozgrywka, która miała się zacząć w południe była zbyt poważna, żeby ją można było podjąć będąc tak zmęczonym i wyczerpanym, jak oni.
* * *

Loop spoglądał raz po raz na zegarek. Była już jedenasta, a Lary wciąż nie było. Wczoraj w nocy wyleciała nagle do Brazylii, nikomu nie zdradzając celu swojej podróży. Nabór uległ przed kwadransem zakończeniu. Wszyscy dzicy przebywali teraz w pokojach adaptacyjnych, w których powoli przyswajali zdobytą niedawno wiedzę. Pet i Anna spali w swoich pokojach i nie robili wrażenia ludzi, którzy się mają szybko obudzić. Wszystko było w najlepszym porządku. Mimo tego Loop nie mógł się uwolnić od dziwnego uczucia zagrożenia. Podświadomie oczekiwał na jakieś reperkusje z faktu przylotu "Feniksa". W nocy podejmował jeszcze dwie próby przedostania się na statek. Obie kosztowały go w sumie siedmiu ludzi.
Nagle ekran wideofonu stojącego na jego biurku rozjaśnił się i pojawiła się na nim twarz jednego z Nowych Ludzi dyżurujących w centrali nasłuchu.
- Witaj, Loop. Zbliża się Lara.
- W porządku - mruknął i już chciał się rozłączyć, kiedy tknięty jakimś impulsem zapytał: - Noc minęła spokojnie?
- Tak - odpowiedział dyżurny.
Loop wychwycił jednak w tej odpowiedzi prawie niezauważalną nutę wahania.
- Co się stało? - zapytał Loop, z trudem hamując niepokój.
- Nie wiem. Około szóstej dyżurnemu technikowi wydawało się, że coś przyleciało do "Feniksa".
- Jak to coś? Nie zarejestrował tego na taśmie?
- Tego obszaru nigdy nie kontrolowaliśmy. Technik zrobił to przypadkiem i dostał wskazania odpowiadające lądowaniu czegoś na pokładzie "Feniksa". Było już jednak za późno na ustalenie czegokolwiek na pewno.
- Przeanalizujcie jeszcze raz ten zapis - rozkazał Loop - i zacznijcie natychmiast obserwację statku i jego okolic. Prowadzić stały nasłuch radiowy na wszystkich zakresach. Od zaraz - dodał już wyraźnie zaniepokojony. - Może to Lara - przemknęło mu przez myśl w pierwszej chwili. Zaraz jednak zdał sobie sprawę z absurdalności tego podejrzenia. Niepokój powrócił z dawną siłą. Najchętniej kazałby zlikwidować Peta i Annę, ale wiedział, że nie może sobie teraz pozwolić na sprowokowanie rozłamu w Radzie. Poza tym musiał za wszelką cenę zdobyć tajemnicę tego pola ochronnego. Po krótkim namyśle połączył się z Meksykiem, gdzie mieściła się główna siedziba Rady Naukowej i zażądał rozmowy z jej przewodniczącym.
- Emma, przyleć tu natychmiast - rzucił sucho tytułem powitania.
- Co się stało? Rewolucja?
- Dowiesz się na miejscu. Czekam - powiedziawszy to wyłączył wideofon i kazał sobie zameldować, co robi załoga "Feniksa". Wciąż spali. - Ile można? - zdziwił się w duchu i zaraz przemknęło mu przez głowę, że ta śpiączka jest podejrzana. Dopiero kiedy sobie przypomniał ich zachowanie z poprzedniego dnia, trochę się uspokoił. Oni zdaje się byli zakochani, więc mogli nie mieć czasu na spanie w nocy. Trzeba to będzie wyjaśnić - postanowił sobie i rozkazał zamontować w ich pokojach kamery telewizyjne. Akurat kończył załatwiać te sprawy, kiedy weszła Lara.
- Co się z tobą dzieje - zaczęła już od progu - podobno szukasz mnie od rana. Czy już nie mam prawa do prywatnego życia? - żaliła się, wzdychając ciężko.
- Gdzie byłaś?
Spojrzała na niego badawczo i po jego tonie zorientowała się, że sprawa jest poważna. Przynajmniej dla niego.
- O co chodzi? - Była już Larą. Namiestnikiem Azji.
- Za pół godziny jesteś umówiona z naszymi kosmitami.
- Nie sądzisz chyba, że zapomniałam o tym - zaniepokoiła się złowieszczo.
- Nie o to chodzi - uspokoił ją Loop, który nie miał zamiaru wywoływać w tej chwili kłótni. - Skończył się Nabór. Trzeba przygotować programy hipnotyczne.
- Zajmie mi to kwadrans.
- Gdzie byłaś?
- Znowu zaczynasz?
- Dziś w nocy zarejestrowano czyjąś wizytę na "Feniksie" - zablefował.
- Czyją?
- Nie wiem - przyznał po krótkim namyśle - Nawet nie wiadomo w stu procentach, czy taka wizyta rzeczywiście miała miejsce. To tylko podejrzenia dyżurnego technika.
- Nakazałeś obserwacje - stwierdziła raczej niż zapytała i zaraz kontynuowała: - Pet i Anna są przecież w wieży. Czy twój technik jest tego pewien?
- Dowiemy się za jakiś czas. Kazałem dokładnie zanalizować zapis.
- Co robią goście?
- Śpią - Loop popatrzył na nią z cieniem ironii w oczach - musieli mieć ciężką noc - dodał obojętnym tonem.
- Coś jeszcze? - Lara udała, że nie zrozumiała.
- Tak. Gdzie byłaś?
- U Kuffy.
- Zaczynamy uczęszczać do Kontestatorów? Pierwsze słyszę.
- On już wie o ich przylocie.
- To było do przewidzenia.
- Oświadczył, że będzie chciał się z nimi zobaczyć osobiście.
- Pięknie.
- Jutro - dodała ze złośliwym uśmiechem.
- Jutro będą już naszymi zwolennikami. Może się z nimi zobaczyć nawet za - tu spojrzał na zegarek - dwie godziny - dodał łaskawie.
- Myślisz, że się nie domyśli niczego? To bystry człowiek.
- To już twoje zadanie - przypomniał jej - dlatego ci zwracałem uwagę na programy hipnotyczne.
- Ich schemat mam już w głowie od paru godzin. Resztę zrobię na poczekaniu - zapewniła go zdecydowanym tonem.
- Więc nie zwlekaj dłużej. Kosmici czekają na uczłowieczenie.
Kiedy wyszła, Loop siedział przez dłuższą chwilę w milczeniu. Zastanawiał się, po co Lara odwiedziła Kuffę. Tajna Rada nie musi przecież liczyć się z Kontestatorami do tego stopnia. Nie jest więc wykluczone, że prawdziwy cel tej dziwnej eskapady był inny. Jaki? Tu właśnie trafił na niewytłumaczalną zagadkę. Gdyby coś naprawdę się za tym kryło, to by mu przecież nie mówiła o swojej wizycie. Chyba że Lara nie ufała mu do tego stopnia, że uznała za celowe osobiście poinformować Kuffę o powrocie "Feniksa". To mogło być to. Wtedy mówiąc mu o rozmowie i o tym, że Kuffa chce się spotkać z kosmitami, mogła chcieć zmusić go do odwołania ewentualnych rozkazów zabicia ich. Wcale sprytne - mruknął pod nosem, uśmiechając się z lekceważeniem. Lara chyba nie zdaje sobie sprawy z potęgi, jaką dałoby każdemu posiadanie takiego pola ochronnego. Mógłby wtedy przeprowadzić Wielką Zmianę tak, jak tego pragnął. Bo była to bez wątpienia jedyna słuszna droga. Lara miała jednak trochę inny pogląd. Również jedynie słuszny - trzeba będzie dokładnie przyjrzeć się temu jej programowi hipnotycznemu - mruknął powtórnie. Wreszcie przypomniał sobie o Wuurze. Wszystko było już prawie załatwione. Pojazd był dla niego przygotowany. Teraz jeszcze raz się z nim połączył:
- Rada jest zadowolona z twojej postawy, Wuur - powiedział jak zwykle bezosobowo - Jak Lara skończy to, co ma tam do załatwienia, udasz się na dwunasty poziom i polecisz zdać raport do Meksyku. Potem możesz robić, co chcesz - dodał łaskawie i wyłączył się, nie czekając na podziękowania.
Przez chwilę wpatrywał się w pusty ekran. Wreszcie zdecydowanym ruchem nacisnął przycisk łączący go z działem osobowym.
- Dostarczcie mi najnowsze dane dotyczące profesora Kuffy oraz bieżącą prognozę zachowania Kontestatorów - rzucił, wolno cedząc słowa. Kiedy się wyłączył, miał o wiele weselszy nastrój. Mimo to niepokój, który odczuwał od chwili powrotu "Feniksa" nie opuścił go całkowicie.
* * *

Pet i Anna siedzieli w sterowni zajęci sprawdzaniem pamięci głównego komputera.
- Znowu było kilka prób przebicia pola - nadał zaniepokojony Pet.
- Coś poważnego?
- Nie wiem. Brak charakterystyki. Nie wygląda na żadną ze znanych mi broni.
- Pokaż - zażądała Anna i zaraz wyczuł jej obecność w swoich myślach - jakby ktoś usiłował przejść przez pole. Jakiś człowiek lub zwierzę.
- Miałby zarejestrowany czas wykrycia i odległość.
- Chyba, że ktoś...
- teleportował się - dokończył za nią, kasując jednocześnie cały zapis.
- W takim razie oni już wiedzą.
- Wiedzieli o tym od samego początku.
- Że jesteśmy dla nich cenni - poprawiła go, blokując jednocześnie swoje myśli. W jej oczach pojawił się dobrze mu znany błysk.
- Wal śmiało - nadał z nieszczerym zrezygnowaniem. Przyjmował ten ton wtedy, kiedy naprawdę nie wiedział o czym myśli jego rozmówca.
- Nie domyślasz się?
Pet nie odpowiedział na zaczepkę, śląc pod ochroną swojej własnej bariery mentalnej kilka szczególnie soczystych epitetów pod jej adresem.
- To proste. Jeśli Tajna Rada rzeczywiście się kłóci między sobą, to wcześniej czy później któreś z nich wpadnie na oczywisty pomysł, że posiadanie takiego pola daje praktycznie absolutną władzę nad resztą. Sądzę nawet, że myśl ta nie jest im obca już od dość dawna.
- Teraz, kiedy wiedzą, że takie pole jest możliwe do wytworzenia wystarczy im zaprząc do tego swoich uczonych.
- Na Hildorze zajęło to nam prawie 50 lat pracy zespołu dziesięciu ludzi myślących o tym na zasadzie pełnej jawności telepatycznej. Nic nie wskazuje, żeby oni stosowali tę metodę. Ich telepatia jest na to zbyt prymitywna.
- Chcesz się z nimi potargować? - zapytał z powątpiewaniem Pet. - Nie sadzę żeby to coś dało. Oni się nas za bardzo boją.
- Myśl sobie, co chcesz - nadała ze złością - ja mam przeczucie, że to pole da nam silny atut do ręki.
Dalszą ich dyskusję przerwało wejście do ich dawnego apartamentu Lary. Tym razem weszła bez pukania i tylko dzięki temu, że Pet cały czas nastawiony był na odbiór wrażeń swojej kopii nie zostali zaskoczeni. Po chwili obydwoje z Anną zajęci byli utrzymywaniem obydwu kopii na właściwym poziomie intelektualnym. Po kilku banalnych pytaniach Lara przypomniała im o wczorajszej rozmowie. W pół godziny później obydwie kopie leżały już w znanych im pomieszczeniach Naboru. Po chwili zaczął się seans. Pet nie mógł nie podziwiać spójności zaprezentowanego wykładu. Czasy im współczesne i jeszcze wcześniejsze były zaledwie zasygnalizowane. Szczegóły zaczęły się dopiero od epoki Herstha. Były tam nawet wiadomości o życiu codziennym. Jak się zachowywać przy posiłkach, w kawiarniach, w czasie tańców itp.
- Nie sądziłem, że oni jeszcze znają takie rzeczy - nie ukrywał zdumienia Pet.
- Lud trzeba czymś zająć - skomentowała Anna. Tymczasem Lara włączyła do programu elementy indoktrynujące. Zaczęła od tego, że nie mają co liczyć na jakikolwiek szacunek w nowym świecie dopóki nie zaakceptują zastanego porządku. Następnie dodano wiele podobnych zastrzeżeń wymierzonych w coraz głębszą podświadomość. Jednocześnie dostali porcję zaleceń dotyczących Tajnej Rady, której mieli być posłuszni we wszystkim. Tu kryło się coś, czego z początku nie zrozumieli. Do tych poleceń były dołączone inne, pozornie wzmacniające i niesprzeczne, ale które mierzyły od razu w ich najgłębszą podświadomość. Pet z Anną spojrzeli na siebie zaintrygowani. Ta część programu robiła wrażenie próby przekazania im dodatkowo jakichś zaleceń i to tak żeby nikt nie mógł się w tym połapać. Każdy z rozkazów był pojedynczo niezrozumiały. Dopiero kilka kolejnych tworzyło całość. Były one jednak rozsiane w dość dużych odstępach i zawsze kończyły się dziwnym sygnałem, którego znaczenia nie mogli rozszyfrować prawie do końca wykładu. Wreszcie mieli pełną jasność sytuacji. Lara nie była taka naiwna, jak można było sądzić na podstawie jej urody. Owe ukryte rozkazy miały swój określony i w sumie dość prozaiczny sens. Szacunek dla Rady to jedno, ale Larze mieli się podporządkować całkowicie. Wspólnie mieli pomagać Kontestatorom, ale powinni ich przez cały czas traktować jako narzędzie, a nie jak prawdziwych sprzymierzeńców. Wreszcie ów tajemniczy sygnał był zabezpieczeniem Lary na wypadek - w sumie mało prawdopodobny - nieposłuszeństwa. Miał powodować utratę przytomności. Nie na długo, bo Lara mimo wszystko chciała do końca wykorzystać ich wiedzę. Seans zakończył się próbą wysondowania ich myśli i pamięci. Pole było bardzo silne - na pewno wzmocnione przez odpowiednią aparaturę - ale dotarło tylko do wiadomości które przed chwilą im zaaplikowała sama Lara.
- Będą mieli nad czym się zastanawiać - Pet zaśmiał się ze złośliwą satysfakcją.
- Zaczynasz dla niej tracić głowę. Uważaj - nadała Anna z przekąsem.
- To ty uważaj.
- Taaak?
- Żebyś się nie zadurzyła w którymś z tutejszych panów. Zawsze miałaś słabość dla nowych twarzy - przypomniał jej obojętnie.
- Ale nigdy dla jednej.
- Punkt - przyznał Pet.
- Powinniśmy mieć kilka minut spokoju - stwierdziła nagle i przeciągnęła się z wyraźną rozkoszą.
- Męczą mnie te sztuczki - dodała z nie ukrywanym znużeniem.
- Jeszcze tylko kilka minut.
Rzeczywiście. Wkrótce Lara pojawiła się przy kopiach, przyglądając się im z zainteresowaniem.
- Jak było? - zapytała tonem, którego używają lekarze w rozmowach ze szczególnie ciężkimi przypadkami.
- Można wytrzymać - uspokoiła ją Anna.
- Pytania zachowajcie dla siebie jeszcze kilka minut - powiedziała tym samym, co poprzednio tonem. - Musicie mieć trochę czasu na przyswojenie sobie tej całej wiedzy - dodała w odpowiedzi na ich spojrzenia.
- Można już wstać? - zainteresował się Pet.
- Nie widzę przeszkód.
Przez chwilę stali niepewnie. Anna o mało nie upadła i Pet musiał ją podtrzymywać.
- Trochę samokontroli - powiedział, uśmiechając się przepraszająco do Lary.
- Skup się, dziewczyno - nadał w rzeczywistości do Anny, leżącej obok niego na pokładzie "Feniksa".
- Przepraszam. Mówiłam ci, że mnie to męczy - odparła, a na głos przeprosiła Larę, uspokajając ją, że to chwilowe osłabienie.
- Może odłożymy wizytę na "Feniksa" - zaproponowała Lara.
Ani Anna, ani Pet nie mieli ochoty ciągnąć tej niebezpiecznej gry z kopiami ponad niezbędne minimum. Obydwoje zapewnili więc Larę, że nie ma powodów do odwlekania obiecanej wizyty. W godzinę później cała trójka znajdowała się już na pokładzie "Feniksa". Lara nie mogła ukryć swojego zafascynowania potęgą statku. Jego trzysta metrów długości wznoszące się majestatycznie nad dżunglą musiało ją w jakiś sposób onieśmielić. Tym bardziej że Ziemia od dwóch tysięcy lat nie podejmowała żadnych wypraw poza Układ Słoneczny. Pet i Anna wyczuli, nawet za pośrednictwem kopii, że kiedy prowadzili ją do sterowni przez puste pokłady, na których tylko od czasu do czasu pojawiał się automat naprawczy, jej stosunek do nich zmienił się wyraźnie. Widać to było nie tylko w jej gestach i postawie, które wyrażały nie znaną u niej poprzednio uległość, ale również w oczach, w których można było wyczytać jakby podziw i zafascynowanie, a nawet odrobinę zazdrości. Stary sen ludzkości o gwiazdach został w niej rozbudzony od nowa. Anna i Pet stali się dla niej jego uosobieniem. Trwało to jednak krótko, bo już siedząc w sterowni stała się dawną Larą. Spokojnym i obojętnym głosem pytała ich o przeznaczenie różnorodnych urządzeń pokładowych. Interesowało ją zwłaszcza pole. Pet z Anną objaśniali jej równie spokojnym tonem poszczególne urządzenia. Zatajenie ich działania i przeznaczenia nie miałoby najmniejszego sensu. Otwarty bunt był nie do pomyślenia. Największy kłopot sprawiało im to, że nie mieli jak dotąd okazji zamiany kopii na swoje skromne osoby, które woleliby widzieć w sterowni zamiast dwóch kukieł, które czujniki mogły w każdej chwili uznać za uzurpatorów. Do obsługi "Feniksa" potrzeba było normalnie trzydziestu osób. Dopiero, kiedy na Hildorze zapadła decyzja wysłania tej wyprawy, dokonano dużych poprawek w pierwotnych obwodach. Przede wszystkim zautomatyzowano obsługę statku do tego stopnia, że mogła go prowadzić nawet jedna osoba. Po drugie, zamontowano system czujników bezpieczeństwa, które reagowały tylko na bioprądy Peta lub Anny. Posunięto się tak daleko, że dołączenie nowych zestawów bioprądów było możliwe dopiero na Hildorze. Nawet Pet z Anną nie znali lokalizacji odpowiednich zespołów sterowniczych. Wreszcie urządzenia generatora pola posiadały specjalny detonator sterowany telepatycznie przez załogę. Zainstalowano go w celu uniemożliwienia osobom niepowołanym wyłączenia pola siłowego bez zgody załogi. W przypadku, kiedy ktoś niepowołany zaczynał majstrować coś przy tym urządzeniu ulegało ono automatycznemu zniszczeniu. Hildor pragnął za wszelką cenę zachować w tajemnicy konstrukcję zestawów przeznaczonych do sterowania telepatycznego. Dlatego właśnie zrezygnowano z ich instalowania w pozostałych urządzeniach "Feniksa", mimo że ułatwiłyby znacznie sterowanie statkiem. Teraz Lara zapragnęła sama sprawdzić prawdziwość informacji uzyskanych od Anny i zaczęła ustawiać radio na falę Wieży Loopa.
- Lara wzywa Centrum - nadała pewnym tonem, ale nic się nie stało. Spojrzała na Annę nieufnie.
- Czy zrobiłam coś źle? - zainteresowała się. Anna wyjaśniła jej historię z czujnikami.
- Chcesz powiedzieć, że nikt prócz was nie może manewrować tym statkiem?
- Właśnie to chciałam powiedzieć - przyznała z lekką ironią, której, niestety, nie udało się odtworzyć za pośrednictwem kopii. Lara zamilkła na chwilę, co wykorzystał Pet i pospiesznie uruchomił kilka przełączników w hibernatorium, gdzie przez cały czas obydwoje siedzieli sterując kopiami. W sterowni natychmiast zapaliło się odpowiednie światełko. Pet spojrzał na nie.
- Wybacz Laro, komputer wzywa mnie do hibernatorium - powiedział i wykorzystując milczenie Lary szybko wyszedł. Zamiana odbyła się błyskawicznie mimo konieczności ponownego przebierania się. Wrócił po kilka minutach i trafił akurat na długi monolog Anny, która z dużym zaangażowaniem wymyślała na poczekaniu historię usprawiedliwiającą istnienie owych czujników.
- W naszych czasach byliśmy opętani myślą spotkania Obcych - mówiła. - Dlatego montowano te wszystkie zabezpieczenia. Rozważano nawet tak nieprawdopodobną możliwość, jak wtargnięcie na pokład istot nam podobnych.
- Czemu tylko was dwoje?
- Czujniki były zaprogramowane na wszystkich. W momencie śmierci któregoś z członków załogi umieszczano go na stanowisku medycznym. Jeśli komputer stwierdzał zgon, to automatycznie kasował jego bioprądy w zespole bezpieczeństwa.
- A jeśli ktoś zginął w kosmosie lub na innej planecie?
- Dopóki jego ciało nie znalazło się na pokładzie zachowywał wszelkie uprawnienia, jakby wciąż żył.
- Może byś przygotowała nam coś do jedzenia - zaproponował Pet - nie dlatego, żebym miał ochotę na te nasze syntetyczne potrawy - dodał krzywiąc się - ale Lara powinna poznać, czym się żywili dawni kosmonauci.
- Z przyjemnością - ucieszyła się Anna i zobaczywszy, że Lara podnosi się, jakby chciała jej towarzyszyć, dodała pośpiesznie: Pet, zabaw Larę przez moment. Nie lubię kiedy ktoś pomaga mi w kuchni - wyjaśniła już w drzwiach.
W ten sposób ona również zamieniła się z kopią. Przygotowanie posiłku na "Feniksie" polegało na połaczeniu się z komputerem i wydaniu odpowiednich poleceń. Po chwili cała trójka siedziała w klubie, na pokładzie rekreacyjnym. Była to duża, nawet jak na "Feniksa" sala, w której umieszczono mały basen, urządzenia gimnastyczne i coś na kształt dawnej kawiarenki. Basen był teraz pusty, bo przed rozpoczęciem manewrowania woda została z niego spuszczona. Pet podszedł na chwilę do urządzeń regulujących i po chwili kawiarenka została odgrodzona od reszty sali holograficznym obrazem lasu, światło zostało przyćmione, w powietrzu zabrzmiała cicha muzyka. Nie wiedział, czy na Larę działa taki rodzaj nastroju - dobry w końcu przed trzema tysiącami lat - ale lubił go i Anna również.
- Las - zdziwiła się Lara, patrząc na hologram - piękny, dzisiaj takich już nie ma.
- Właśnie - włączyła się Anna. - Skąd się wzięła na przykład taka dżungla. Z tego, co nam przekazałaś hipnotycznie wynika, że żyją w niej zwierzęta, które nie miały się prawa pojawić. Musiała zaistnieć jakaś mutacja. Dlaczego?
- Program był standardowy. Przeznaczony dla mas. Stąd pewne braki. Była wojna. Hersth, który był naszym największym, jak dotąd, uczonym, nie chciał, żeby ta wiadomość przedostała się do szerszego kręgu. W miarę kolejnych Naborów poświęcano więc tej sprawie coraz mniej miejsca. Obecnie jest to wiadomość dostępna tylko niektórym badaczom.
- Kto z kim walczył? - zapytał Pet.
- W sto lat po waszym odlocie doszło do rozłamu w łonie federacji. Trochę później nastąpiły pierwsze walki. Wreszcie ktoś zaczął stosować broń jądrową, później neutronową, no i zaczęło się. Hersth operował z baz na Marsie, gdzie jeszcze istniał przemysł. Nie było tego wiele, bo to były młode kolonie, ale zawsze. Na Ziemi ustały wreszcie walki. Nie było ani komu walczyć ani czym. Hersth stworzył wtedy koncepcję Wielkiej Zmiany. Zaczęto ją realizować w dwieście lat po jego śmierci. Wtedy powstała pierwsza wieża. Powoli odbudowywano wszystko od początku. Dzicy żyli w dżungli i nikt się specjalnie nimi nie zajmował, a przemysł powstawał powoli, w miarę pojawiających się potrzeb kolejnych wież. Te mutacje pojawiły się niespodziewanie. Niektóre gatunki w ogóle zniknęły, inne przybrały olbrzymie rozmiary, jeszcze inne, nie wiedzieć czemu, skrzyżowały się ze sobą.
- Nie badaliście tego? - zdziwiła się Anna.
- Oczywiście, że tak. Wszystko jest zbadane i ustalone. Po prostu nie można było zatrzymać tego procesu. Z trudem udało nam się zmniejszyć poziom radioaktywności. Trzeba było przez pewien czas produkować nawet tlen do atmosfery. To już historia.
- Dlaczego więc dzicy nie są dotknięci mutacjami? - zapytał Pet.
- Każde plemię posiada ołtarz Herstha. Jest to zwykły odbiornik radiowy przekazujący, nasze rozkazy, który ma zainstalowane czujniki określające stopień ewentualnych mutacji. Każde nowo narodzone dziecko jest zgodnie z rytuałem przedstawione bogu poprzez złożenie na ołtarzu. Wtedy dokonujemy pomiarów. Jeśli wypadają one niepomyślnie, dziecko ginie.
- To straszne - Anna nie ukrywała wrażenia, jakie na niej zrobiła ta wiadomość.
- Sądzę, że nie było innego wyjścia - odparł Pet spokojnie.
- Zgadza się. Mieliśmy dość własnych kłopotów. Nie było możliwości zajmowania się mutantami, którzy zresztą w większości byli zwykłymi kretynami. Tylko część z nich posiadała wyższe niż normalnie zdolności.
- Co osiągnęliście w zamian?
- Ludzie w wieżach są zjednoczeni. Nie ma już rozłamu. Nie ma także wojen.
- Ani lotów do gwiazd - dodała Anna.
- Jest nas za mało. Za to nikomu niczego nie brakuje.
- Chyba, że dzikim - powiedział spokojnie Pet.
- Tak, dzicy nie mają tego wszystkiego, ale w zamian nie mają również żadnych problemów... Nagle muzyka ucichła i kawiarenkę zaległa cisza.
Po chwili zgłosił się komputer. Ktoś usiłował się połączyć z "Feniksem". Pet kazał łączyć w kawiarence. Był to Nazon do Lary.
- Jestem u siebie - stwierdził bez żadnych wstępów.
- A Kuffa? - zapytała Lara.
- W drodze do ciebie. Loop wezwał Emmę - dodał po krótkim wahaniu.
- W porządku. Będę z tobą w stałym kontakcie - oznajmiła Lara i dała znać Petowi, że zakończyła rozmowę.
- Jakieś kłopoty? - zainteresowała się Anna.
- Skądże.
- Myślałem - stwierdził Pet, nie informując jednak o czym.
- Co sądzicie o naszej Ziemi? - zapytała wreszcie Lara.
Anna przez chwilę udawała, że myśli nad odpowiedzią, a następnie wdała się w dość długi wywód, jakiego powinna się po nich spodziewać Lara. Pet pomagał, jak umiał, wtrącając od czasu do czasu miłe uwagi pod jej adresem. Jeżeli to miał być test na potwierdzenie skuteczności zabiegów hipnotycznych Lary i Loopa, to chyba zdali go dobrze, bo piękny namiestnik Azji wyraźnie się rozluźnił.
- Mamy jednak nadal kilka niejasności - zakończyła Anna, uważając, że należy wykazać się pewną dozą niezależnego myślenia, bo o to między innymi Larze chodziło.
- Mamy teraz mnóstwo czasu na wyjaśnienia - stwierdziła Lara, najwyraźniej zadowolona ze swoich uzdolnień w dziedzinie hipnozy. - Wy zresztą również powinniście wyjaśnić nam mnóstwo rzeczy - dodała po chwili, powracając do rzeczywistości.
- Co zechcesz - odparł Pet uśmiechając się szarmancko.
- Nasi specjaliści powinni się wiele nauczyć.
- Chyba na odwrót - sprostowała Anna.
- Myśmy sporo zapomnieli - przyznała Lara z uśmiechem - myślę, że powinniśmy więcej zajmować się sprawą lotów kosmicznych.
- A na czym dzisiaj latacie - zainteresował się Pet - chyba nie teleportujecie się wszyscy?
- Właśnie. Nie mogę sobie zresztą tego zupełnie wyobrazić - dodała Anna lekko zawstydzonym głosem.
- Nie wszyscy. To oczywiste. Widzę, że jeszcze nie w pełni przyswoiliście nasze informacje. To normalne. Z początku występuje lekkie otępienie. Wszystko się wie, jakby nie wiedząc. Pokażę wam nasze statki, jeśli tego chcecie.
- Wydawało mi się, że po powrocie nie będę mógł nawet myśleć o lotach, a teraz nie mogę się doczekać momentu, kiedy polatam na waszych statkach - zapalił się Pat.
- Nic nie stoi na przeszkodzie. Właściwie - tu Lara przerwała na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiając, po czym dodała: - moglibyście sami przetransportować "Feniksa" na nasz główny kosmodrom.
- Myślałem, że właśnie na nim jesteśmy - zdziwił się Pet.
- Trochę nas zaskoczyliście waszym przybyciem. Dlatego kazaliśmy wam lądować tutaj. Akurat wszyscy byliśmy w Centrum - wyjaśniła Lara.
- Paliwa jest dość - powiedziała Anna, podnosząc się i fotela. - Jeżeli chcesz lecieć z nami, to chodźmy do sterowni - zaproponowała.
Lara była wyraźnie zafascynowana oczekującą ją podróżą. Również lekko przejęta. Siedziała obok Peta i Anny w skupieniu i uważnie obserwowała ich kolejne czynności.
- Gdzie mamy lecieć? - zapytał Pet, kiedy już wszystkie przygotowania zostały zakończone.
- Australia. Tam gdzie kiedyś było Sydney.
- Przygotuj się na kilka chwil lekkich przeciążeń - uprzedził Pet i zaraz uruchomił procedurę startu awaryjnego. Fotele bez trudu poradziły sobie z przeciążeniami, ale mimo tego Lara musiała przetrzymać ze dwa g. Sądząc po jej minie nie była do tego przygotowana. Nic jednak nie powiedziała. Anna natomiast miała wyraźnie zadowoloną minę, mimo że wcześniej posłała Petowi zabójcze spojrzenie, w którym zawarła całą swoją dezaprobatę dla tego niepotrzebnego w sumie gestu. Lot trwał krótko.
- "Feniks" do Sydney. Dajcie namiar do lądowania - Anna bezosobowym głosem stosowała procedurę standardową. Tylko że Sydney było wyraźnie zaskoczone.
- Sydney do "Feniksa" - rozległ się zdziwiony damski głos: - Czekajcie na dotychczasowej orbicie. Zaraz damy wam namiar.
- Poradzimy sobie - stwierdził nonszalancko Pet i zaczął przygotowywać się do ręcznego osadzania "Feniksa".
- Oszalałeś - interweniowała Anna - nie mam najmniejszego zamiaru skręcić karku akurat teraz.
- Dajcie namiar Sydney - usłyszeli wreszcie jeszcze trochę stłumiony dopiero co przebytym ciążeniem głos Lary.
- Przepraszam Czcigodna. Nie wiedziałam, że jesteś na pokładzie - odpowiedział głos w głośniku. Jeszcze bardziej zdziwiony. Niemniej jednak namiar pojawił się natychmiast.
- Procedura awaryjna - odezwał się bezosobowo Pet. - Anno zajmij się stabilizacją - polecił tym samym tonem. Jednocześnie cała trójka została spowita w fotele, a na ich głowy nasunęły się hełmy. Dał się słyszeć syk z butli dostarczających dodatkowy tlen.
- Do lądowania w pełnym polu - zakomenderowania Anna wyzywającym tonem.
- Sama tego chciałaś - zgodził się Pet.
Lądowanie awaryjne w pełnym polu było przewidziane jako sytuacja ostateczna. Teoretycznie znajdowało ono zastosowanie w momencie, kiedy zachodziła potrzeba wprowadzenia statku do podziemnego schronu w czasie ataku nieprzyjaciela. Zasadniczo chodziło o podziemne schrony na Księżycu. Procedura ta była trenowana bardzo rzadko i tylko w odniesieniu do elity pilotów. Pet z Anną należeli w swoim czasie do elity. Trzy tysiące lat temu. Dzisiejsza elita nie wiedziała wprawdzie, co oznaczają dziwne manewry "Feniksa", ale spodziewała się najgorszego.
- "Feniks" - zabrzmiał w głośniku ten sam, co poprzednio głos, ale tym razem wyraźnie panikujący, dostaliście namiar na wszystkich kanałach. Czy coś się stało?
- Ogłaszam procedurę zero - włączyła się Lara. Nasi goście chcą sprawdzić, czy nie wyszli z wprawy - dodała patrząc ironicznie na Peta. Ton jej głosu nie bardzo jednak potwierdzał to wyzwanie. Wyraźnie nie czuła się najpewniej. Tymczasem na ekranie radaru pojawiło się kilka szybko powiększających się punkcików.
- Nakazałam start wszystkich jednostek będących w tej chwili na kosmodromie - wyjaśniła w odpowiedzi na nieme pytanie Anny i Peta.
- Przygotuj się na powtórne przeciążenie - rzucił sucho Pet, a Anna pozwoliła sobie na cichutki śmiech. Nie tak cichy jednak, żeby Lara nie mogła go dosłyszeć.
- Procedura zero w toku - rozległo się w głośniku.
Pet nie czekał na jej zakończenie. "Feniks" zaczął spadać na Australię, jak jednoosobowy myśliwiec dawnych sił zbrojnych Układu Słonecznego. Przez następnych parę minut w sterowni było słychać tylko urywane słowa wymieniane między Petem i Anną.
- Atak trzech jednostek - odezwał się nagle komputer. - Odległość dwadzieścia. Kierunek wschodni. Z zachodu zbliżają się dwie inne jednostki. Również kursem kolizyjnym. Do otwarcia ognia czterdzieści sekund. Czekam na zezwolenie.
- Dwie inne jednostki podchodzą z dołu. Nasze szanse zmniejszyły się do dziewięćdziesięciu procent. Zalecam natychmiastowe przyjęcie walki - dodał po chwili komputer.
- Procedura awaryjna w mocy. Celowniki na sterowanie ręczne - zakomenderowała Anna.
- Mam nadzieję, że twoi ludzie nie oszaleli - dodała po chwili.
Lara nic nie odpowiedziała, bo najwyraźniej nie dawała sobie rady z przeciążeniem.
- "Feniks" do Sydney - odezwał się wreszcie Pet, który dotąd zajęty był manewrem zbliżania - zabierzcie swoje statki. Przeszkadzają nam.
- Mają polecenie towarzyszenia wam do zakończenia lądowania - wyjaśnił głośnik.
"Feniks" tymczasem jeszcze bardziej przyspieszył. Statki nadlatujące do nich z boków zostały mocno zaskoczone tym manewrem, bo zanim zdążyły coś zrobić, ich odległość od "Feniksa" zwiększyła się dwukrotnie. Natomiast dwaj bohaterowie, którzy próbowali im przeszkodzić z dołu, mieli akurat tyle czasu, żeby z trudem usunąć się na boki. Ich załogi musiały w tym momencie posłać Petowi niezłe wiązanki dotyczące jego matki i rodziny. "Feniks" tymczasem odwrócił swój potężny dziób do góry i z rufowych dysz wytrysnął potężny strumień ognia głównego ciągu. Wydawało się, że ten manewr nastąpił zbyt późno.
- Na Herstha - rozległo się w głośniku - to koniec. Następnie dał się słyszeć szybko ciąg komend zalecających natychmiastową ewakuację.
- Pamiętaj, że nie schodzimy do schronu - przypomniała Anna - odlicz ze sto metrów.
- Sto pięćdziesiąt trzy. Zapomniałaś procedurę.
- Zwiększ ciąg - odpowiedziała odrobinę za głośno - mam mały zapas na stabilizatorach.
"Feniks" tymczasem majestatycznie opuszczał się na płytę kosmodromu, z którego startowały już ostatnie statki Lary. Usiedli idealnie.
- Zero i zero - Anna wypowiedziała rytualną formułkę z radosnym uśmiechem. Ona również przeżyła mocno to wariactwo. Lara patrzyła na nich oszołomionym wzrokiem, wyraźnie nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Kontrola lotów do Lary. Procedura zero w toku. Czy wszystko w porządku? - zainteresowała się dyżurna kosmodromu.
Lara kiwnęła w milczeniu głową.
- Odwołuję procedurę zero - odezwała się wreszcie zmienionym głosem - przyślijcie do mnie grawilot - dodała po opornym przełknięciu śliny.
- Podobało ci się? - zainteresował się Pet.
- Jeśli zrobiliście to, żeby się przypodobać moim pilotom, to trzymam zakład, że się wam udało. Obawiam się nawet, że sami zaczną ćwiczyć te wariackie lądowania.
- To nie było nic nadzwyczajnego - wtrąciła Anna - zwyczajne lądowanie, jakie za naszych czasów trenował każdy pilot.
Kiedy cała trójka odlatywała w podstawionym grawilocie, na kosmodromie zaczynały lądować pierwsze statki Lary.

* * *

Kiedy Pet z Anną dokonywali swoich popisów pilotażu, Wuur z Jeną już nie żyli. Ich grawilot uległ katastrofie w dziesięć minut po starcie. W kwadrans później na miejscu znalazła się ekipa ratunkowa, ale znalazła tylko poszarpane szczątki, dokładnie tyle, ile udało im się wyrwać z paszczy dwóch kodarów, które spokojnie pastwiły się nad zwłokami. Kiedy doniesiono o katastrofie Loopowi, nie wydawał się zbyt zaszokowany tą wiadomością. Z równowagi wytrąciła go dopiero informacja o śmierci Jeny. Kazał natychmiast wezwać do siebie Larę. Stawiła się dopiero po pięciu godzinach, w ciągu których Loop zdążył już zapanować nad sobą.
- Gratuluję - rzucił pozornie spokojnym tonem na jej przywitanie.
- Sam wiesz, że nie było innego wyjścia. Nie można było zostawić świadka - stwierdziła wzruszając ramionami. - Ktoś musiał to zdobić za ciebie. Jesteś za miękki - dodała.
- Czemu kazałaś zabrać "Feniksa" do Australii? - zapytał obojętnie, jakby zapominając o poprzednim temacie.
- Tu nie ma warunków do przeprowadzenia wszystkich badań. Wiesz chyba, że oni mają na pokładzie sporo urządzeń, o których myśmy zapomnieli dawno temu.
Loop wiedział o tym doskonale. Jak również o tym, że mieli na pokładzie pole, którego tak bardzo potrzebował. Wiedział również, że nie może nakazać Larze przeprowadzenia "Feniksa" do Meksyku bez ryzykowania poważnego kryzysu w łonie Rady.
- Wysłałem do ciebie Emmę wraz z moimi ludźmi - poinformował wreszcie Larę.
- Jak sobie życzysz - przytaknęła obojętnie.
- Co zrobimy z wypadkiem Wuura? - zapytała po chwili.
- Powołałem specjalną komisję do zbadania tej sprawy - odpowiedział patrząc gdzieś w okno. - Przekazałem komunikat do telewizji z informacją, że najprawdopodobniej przyczyną było zmęczenie materiału.
- To mało istotne. Trzeba zarządzić nadzwyczajny przegląd całego sprzętu latającego - przypomniała mu.
- Co zrobimy z kosmitami? - zapytał Loop. - Masz propozycje?
- Najchętniej wysłałbym ich gdzieś daleko na dłuższy wypoczynek.
- Myślałam o tym. Poza tym sądzę, że mogliby z powodzeniem zająć się szkoleniem naszych pilotów. Są naprawdę świetni, no i po swoim ostatnim wyczynie dość popularni.
- O to ci chyba chodziło.
- To był ich pomysł. Chcieli mi zaimponować.
- Nie myślisz chyba o Annie?
- Ty za to dużo o niej myślisz.
- Dosyć - przerwał jej gwałtownie - Od momentu ich przylotu starasz się prowadzić swoją grę. Wiem, że rozmawiałaś z Kuffą nie tylko o ich przylocie. Zabrałaś "Feniksa" do siebie, bo sądzisz że w ten sposób zdobędziesz tajemnicę pola. Pamiętaj, że oni są niezdolni do podjęcia jakichkolwiek działań przeciwko nam. Jeśli dalej będziesz prowadziła tę swoją gierkę, zmusisz mnie do oficjalnego oskarżenia cię o zdradę Wielkiej Zmiany.
- Nie sądzisz chyba, że ktoś się na to nabierze? - zapytała drwiącym tonem - poza tym ludzie Bora i Nazona również już są na miejscu.
- W momencie oskarżenia ty nie będziesz już mogła się bronić - powiedział spokojnym tonem, uśmiechając się do niej współczująco.
- Jak chcesz - Lara nagle zmieniła ton i powiedziała to, jak ktoś, kto przyznaje się do przegranej. - Przyjęłam do wiadomości twoje, ostrzeżenie, a teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do siebie.
To mówiąc, obróciła się i nie czekając na odpowiedź Loopa wyszła. Ten patrzył w drzwi przez następnych kilka minut, zastanawiając się nad przebiegiem tej bezsensownej rozmowy. Nie wątpił, że wcześniej czy później musi dojść między nimi do decydującej rozgrywki. - Nie powinienem był kazać jej tu przylecieć - mruknął wściekły na siebie za to, że dał się ponieść nerwom. Fakt, że Lara w ogóle przybyła na to jego bezsensowne wezwanie świadczył, że jeszcze nie była pewna swojej siły. Kryzys był jednak bliski. I to wszystko przez przybycie "Feniksa". Gdyby nie jego pole siłowe, nikomu nie przyszło by do głowy spiskowanie w celu przejęcia władzy. Według ostatnich informacji, Kufla zaczął latać od wieży do wieży i w każdej odbywał ze swoimi poplecznikami spotkania. Teraz był gdzieś na terenie Azji, czyli pod władzą Lary. Znowu Lara. Loopowi przestawało się coraz bardziej podobać jej zachowanie. Chyba nie zamierzała spowodować nowych wyborów? - zastanawiał się już po raz drugi tego dnia. Wyboru Rady mieli prawo dokonywać tylko Nowi Ludzie, którzy byli w większości wierni Loopowi. Przynajmniej ci, którzy znajdowali się na stacjach planetarnych. Część z tych, którzy pozostawali na Ziemi mogła zmienić swoje poglądy pod wpływem Lary i Kuffy. Loop ponownie postanowił połączyć się z Meksykiem, gdzie mieściło się Centrum Naukowe. Po chwili miał połączenie z Zoją - Głównym Psychologiem.
- Czy przesłano zapisy z ostatniego Naboru - zapytał.
- Są w drodze - odparła uśmiechając się do niego smutno.
Z Zoją łączyło Loopa przeżycie dawnej miłości, którą właśnie ona zerwała, - nie podając bliższych wyjaśnień. Od tej pory miał do niej wyraźną słabość. Czy jesteś w stanie wykryć ukryte rozkazy w seansie hipnotycznym, który z założenia miał być ukryty i tajny?
- To kwestia kilku godzin lub paru miesięcy.
- Ilu?
- To zależy od sposobu, w jaki zakodowano te informacje. Około dwunastu godzin, jeśli wszystko pójdzie dobrze.
- Nie można tego zrobić szybciej?
- Można. Potrzeba tylko, żeby ktoś zgodził się poddać działaniu takiego programu: Wtedy wszystkie rozkazy mogę brać prosto z jego podświadomości.
- To nie wchodzi w rachubę. W ogóle chodzi mi o rozszyfrowanie tej drugiej warstwy tajności tak, żeby nie wyciągać na światło dzienne treści pierwszej warstwy. Zoja spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Nie rozumiem dobrze, o co właściwie ci chodzi. W co ty się zabawiasz?
- A więc tak czy nie? - zapytał obcesowo - po czym zaraz się zreflektował i dodał z cieniem przepraszającego, uśmiechu na twarzy:
- Wybacz Zoju. To dla mnie bardzo ważne, a tajemnica musi zostać zachowana ze względu na dobro Wielkiej Zmiany.
- Muszę to dać na komputer - wyjaśniła mu kolejne czynności - potem trzeba będzie czekać godzinkę, bo takie programy są diabelnie skomplikowane, pełne pozornie sprzecznych instrukcji itd. Myślę, że jednak zmieszczę się w terminie, który wymieniłam.
- Czekam więc, na ciebie. Możesz na razie zostawić analizę Naboru komuś innemu i przylatuj natychmiast.
Kiedy się rozłączyła, Loop zdążył jeszcze dostrzec w jej oczach cień niepokoju. Był pewien, że da sobie z tym radę już osobiście. Zaraz potem połączył się ze swoją służbą bezpieczeństwa.
- Czy wszystkie grupy interwencyjne są na Ziemi?
- Połowa jest na Marsie i Plutonie, Czcigodny.
- Ogłoście procedurę żółtą. Wszystkie grupy interwencyjne mają natychmiast przybyć z powrotem. Cztery z nich mają od razu obsadzić tę wieżę.
Loop zaczął przygotowywać się do nadchodzącego kryzysu. Przez chwilę zastanawiał się jeszcze nad możliwością zabicia Peta i Anny, ale zaraz odrzucił tę myśl. Pomijając fakt, że takie posunięcie byłoby wodą na młyn Lary i jej popleczników i zdyskredytowałoby go nie tylko w oczach zwykłych mieszkańców wież, ale również wśród Nowych Ludzi, Loop nie mógł ich zlikwidować również dlatego, że "Feniks" krył w sobie zbyt wiele tajemnic.
- Czemu ci starożytni byli tak bardzo przebiegli? - zastanawiał się nie kryjąc podziwu. "Feniks" był tak zaprogramowany, że w przypadku śmierci załogi ewentualni agresorzy nie mieli praktycznie żadnych szans na poznanie jego tajemnic. Loop był pewien, że oprócz czujników bioprądów miał on na pokładzie kilka systemów samozniszczenia, które normalnie powinny być znane Ziemianom nawet w przypadku przylotu pustego statku. Tylko że takich ludzi nie było na Ziemi już od prawie trzech tysięcy lat. - Tak "Feniks" zdecydowanie przypominał bardziej statek wojenny niż ekspedycję badawczą. Ta myśl zwróciła ponownie jego uwagę na dziwną odporność Peta i Anny na telepatię. Coś jakby totalna blokada myśli. Oni sami potrafili zaledwie częściowo blokować swoje myśli. Właśnie - mruknął ponownie do siebie i połączył się z Borem, któremu polecił dalsze badanie materiałów dotyczących "Feniksa" i jego załogi. Przedsięwziąwszy te wszystkie kroki postanowił pójść rozerwać się trochę na piętra rekreacyjne. Taka wizyta dobrze robiła utrzymaniu popularności. Nadal czuł w podświadomości, że coś przeoczył. Coś bardzo ważnego. Na razie nie mógł jednak uświadomić sobie, co to mogło być.

* * *

Pet z Anną wykorzystali nieobecność Lary do ponownego odwiedzenia "Feniksa". Poszło im to o tyle łatwo, że zaraz po jej odlocie zastali dosłownie porwani przez Alfa, szefa pilotów, który stwierdził, że musi za wszelką cenę zobaczyć ich statek. Skorzystali oczywiście z tej sposobności, żeby pozbyć się kopii, które w obecnej sytuacji nie mogły w żadnym przypadku dłużej spoczywać w hibernatorach. Nie mieli jednak czasu na zbyt wyszukane pomysły. Wysłali więc swoje sobowtóry w kapsule zwiadowczej w dżunglę. Jedyne, co zdążyli zrobić to zapakować w nią maksimum wyposażenia zwiadowczego wraz z kompletem broni, żywności i zapasowymi ogniwami energetycznymi. Na dobrą sprawę powinni obie kopie zniszczyć, ale żadne z nich nie potrafiło się zdobyć na ten krok. Główny problem polegał na wysłaniu kapsuły tak, żeby operatorka w centrali nie podniosła alarmu. Nie mogli się spodziewać, żeby Alf zechciał im pomóc w tym dobrowolnie. Musieli więc ponownie skorzystać ze swoich zdolności telepatycznych. Przy okazji dowiedzieli się, że Lara była szalenie popularna wśród mieszkańców wież. Działo się tak za sprawą jej daleko idącej wyrozumiałości oraz tego, że na jej terenie nie przestrzegano tak rygorystycznie, jak gdzie indziej, systemu kastowego. U niej wszystkich traktowano na równi, począwszy od dzikich, którzy dopiero co przeszli Nabór. Jedynym wyjątkiem byli Nowi Ludzie, który działali na specjalnych prawach, jak wszędzie.
Ponieważ Alf zbyt często kontaktował się z Larą nie mogli zasugerować go zwyczajnie, na posłuszeństwo wobec nich, ponieważ wzbudziłoby to bardzo szybko podejrzenia Namiestnika. Należało działać subtelniej. Stracili więc ponad godzinę na obniżanie jego woli na poziomie podświadomości tak, żeby zawsze był przekonany o słuszności ich racji. Było to trudne osiągnięcie, ale w zamian dawało im bardzo skutecznego sojusznika, który działał z przekonaniem.
Wizyta na "Feniksie" trwała zresztą krótko, bo Alf chciał koniecznie przedstawić im jeszcze innych pilotów, równie zachwyconych ich pokazem pilotażu. Przez następnych kilka godzin zwiedzali więc pod jego przewodnictwem wieżę. Doszli wreszcie do sali kontroli ruchu, gdzie dyżurowała ta sama operatorka, która była tak zdenerwowana podczas ich lądowania.
Pet spojrzał ostrzegawczo na Annę. Zanim zdążył coś przedsięwziąć wyczuł, że Anna już ją sonduje telepatycznie. Zajął więc Alfa rozmową, podczas gdy Anna udawała, że rozmawia cicho z kobietą. Po chwili Pet odebrał jej lapidarne - w porządku. - Zaraz potem pożegnali się ż Alfem i poszli zwiedzić swój nowy dom. Nie wątpili, że ich wizyta u Lary potrwa dłużej.
Na pięciuset metrach mieściło się właściwie wszystko, co było niezbędne do życia. Sto górnych pięter przeznaczonych było na pracownie naukowe, biblioteki i siedziby różnych organizacji. Następne dwieście zajmowały mieszkania. Kolejne dziesięć poświęconych było na część rozrywkową, po czym znowu sto pięter na mieszkania. Niżej znajdowały się zespoły produkcyjne, warsztaty, fabryki itp. Dziesięć podziemnych poziomów zaopatrywało tego kolosa w energię, utrzymywało go w czystości, dbało o odpowiednią atmosferę itp. Tam również mieściły się pomieszczenia Naboru.
Lara przydzieliła Petowi i Annie olbrzymi apartament na czterysta pięćdziesiątym piętrze. Powyżej mieściły się tylko instytucje zarządzające całą strefą azjatycką oraz apartamenty Lary, zajmujące trzy ostatnie piętra. Dostępu do nich strzegły czujniki oparte na podobnej zasadzie jak te, które były zainstalowane na "Feniksie".
W ogóle wieża była zdominowana przez personel związany z lotami międzyplanetarnymi. W niej również mieściła się siedziba grup interwencyjnych, których istnienie było im zasygnalizowane w seansie hipnotycznym Lary. Pet z Anną zauważyli, że dzięki swoim czarnym tunikom nigdzie nie byli zatrzymywani i nikt ich o nic nie pytał. Mogli się poruszać właściwie wszędzie. Na początek zjechali do części mieszkalnej. Znaleźli się od razu w jakimś parku. Ulice były szerokie i pozbawione jezdni. Chodzili po czymś w rodzaju żwiru i trawy, wśród nie znanych im drzew i roślin. Wszystko było przepojone dziwną wonią, będącą mieszaniną zapachu lasu znanego im z dawnej Europy z zapachem dżungli i jeszcze czegoś, co przypominało chwilami woń kwiatów czarnej lilii, która rosła w lasach Hildora.
Przechodniów właściwie nie spotkali. Zaledwie kilka razy przemknęła obok nich jakaś sylwetka w kolorowej tunice. Nigdy jednak koloru czarnego.
- Wygląda na to, że właściwie nie ma tu ludzi - podsumował Pet.
- Tego nie było w żadnych informacjach, które mamy.
- Po prostu szukaliśmy czegoś innego.
- Przejdźmy się trochę - dodała Anna po chwili - tu jest bardzo ładnie.
- Jak sobie życzysz.
Szli w milczeniu rozmawiając ze sobą telepatycznie.
- Sądzisz, że dadzą nam teraz spokój? - zapytał Pet.
- Nie wiem. Powinni. Mają przecież to, czego chcieli. Z ich punktu widzenia jesteśmy niezdolni do podjęcia jakiejkolwiek akcji wymierzonej przeciwko istniejącemu porządkowi.
- Wydaje mi się, że zyskaliśmy spore uznanie wśród pilotów.
- To nie może nam zaszkodzić. Może natomiast okazać się pożyteczne w przyszłości.
- A propos przyszłości, musimy się zastanowić, co będziemy robić dalej: Naszym zadaniem jest określić czy i w jakim stopniu Hildor może liczyć na pomoc Ziemi.
- To już chyba jest jasne - zdziwiła się Anna. - Nie widzę sensu ani potrzeby informowania ich o naszym istnieniu.
- Ja również - przyznał zatroskany Pet. - Co tam znowu cię trapi?
- Na dobrą sprawę powinniśmy wracać.
- Nie zapominaj, że na Hildorze upłynęło już prawie piętnaście wieków. Byliśmy misją samobójczą i nie mam ochoty wracać nie mając do zaoferowania nic innego prócz swojej osoby i wspomnień, które nikogo nie zainteresują.
- Chcesz powiedzieć, że nasi nas już nie potrzebują?
Anna wyczuła w myślach Peta nostalgię i obawę.
- Myślę, że tak źle nie będzie. Teraz powinno żyć jeszcze dużo Nieśmiertelnych, których znamy. Z naszej załogi pewnie nikogo już nie ma. Najwyżej dwie lub trzy osoby, ale przecież pozostają inni. W Radzie było ponad połowę czystych Hildorczyków. Ci mogą jeszcze żyć i pamiętają z pewnością o nas.
- Tylko, że jak wrócimy, to tam upłynie znowu 1500 lat - przypomniał jej Pet znużonym tonem, a w jego oczach Anna dostrzegła zmęczenie i zniechęcenie.
- Tutaj od dwóch dni działamy, jakby chodziło nie tylko o nasze życie, ale jeszcze o naszą planetę - kontynuował - a przecież najprawdopodobniej walczymy o ludzi, którzy tej pomocy nie potrzebują. Albo już nie żyją albo udało im się przetrwać i stworzyć nową cywilizację. Dopiero teraz uświadamiam to sobie w pełni. Ta nasza eskapada była bezsensowna.
- Wszyscy jej potrzebowali. My, reszta Rady, a nawet śmiertelni. W gruncie rzeczy ktoś i tak musiał wrócić na Ziemię. Inaczej stracilibyśmy sens naszego istnienia tam na Hildorze. Teraz nie pora na żal. Jeżeli naprawdę nie mamy już ojczyzny, to musimy robić wszystko, żeby tu osiągnąć odpowiednią pozycję. Jeżeli natomiast oni jeszcze nas pamiętają, to jesteśmy im winni tym bardziej powrót i prawdę. Ta Ziemia - którą znamy - umarła. Ta którą teraz poznajemy, również wydaje mi się umierająca. Te ich kasty, ten lęk przed jakąkolwiek nowością, to kurczowe trzymanie się Ziemi. To wszystko świadczy o dekadencji. Wolę myśleć o ludziach jako o gatunku, który nie powinien zginąć.
- Tylko że to wszystko jest oddalone od siebie o piętnaście wieków - przypomniał jej Pet powtórnie. - Możemy oczywiście latać tam i z powrotem jeszcze kilka razy - dodał starając się, żeby to wypadło lekko i dowcipnie.
- Zapominasz, że oni dysponują teleportacją. My również możemy do tego dojść. Możemy badać to zagadnienie nawet przez sto lat. I jeżeli znajdziemy rozwiązanie, wrócimy do siebie zanim wszyscy powymierają. Co więcej, wrócimy jako posiadacze sekretów, o których na Hildorze nikomu się nie śniło. To będzie nasza nagroda.
- Ciekawy plan, lecz mocno naciągany.
- Ale jedyny - nadała Anna z determinacją, która zaskoczyła nawet Peta. Przyjrzał się jej uważnie.
- Wydaje mi się, że nigdy cię nie zrozumiem do końca - nadał zamyślony.
- Bo to byłoby nudne dla Nieśmiertelnych.
- Jakie plany ma Nieśmiertelna na najbliższy czas?
- Chodźmy na piętra rozrywkowe. Może znajdzie się tam coś, co będzie w stanie zmienić ci nastrój.
Tak też zrobili. Wybierali na chybił trafił, ponieważ nie mieli najmniejszego pojęcia o rozrywkach, jakim oddawali się mieszkańcy wież. Trafili na dziwny korytarz spowity w fioletowy dym. Z trudem można było dostrzec zarys ścian, które zdawały się falować. Było to świetne złudzenie, wprawiające człowieka w niepokój. Po jakichś dwudziestu metrach korytarz rozszerzał się w olbrzymią salę, jakby zawieszoną w próżni. Ponad ich głowami i pod stopami rozciągały się gwiazdy. W środku była inna mgła, jaśniejsza, rzadsza i przelewająca się jak dym. Dopiero tu dostrzegli niewyraźne sylwetki. Jedna z nich zbliżyła się do nich szybkim krokiem pytając zdziwiona:
- Gdzie wasze stroje? - Kiedy jednak podeszła bliżej i dostrzegła czarne tuniki, skłoniła się z wyraźnym zmieszaniem, i mruknęła niezdarnie dobierając słowa:
- Nowi Lud... Wybaczcie, Czcigodni, nie wiedziałem... - po czym zaraz się oddaliła spiesznie i zniknęła, okryta różem.
- Chyba zaliczyliśmy pierwszą gafę - nadał lekko zaszokowany Pet.
- Czekaj, czekaj - nadała niepewnie Anna - chyba w seansie Lary rzeczywiście coś było o tym, że na poziomach rozrywki obowiązują odpowiednie stroje, ale to wszystko - dodała.
- Czarne tuniki pozwalają robić wszystko - odparł jej Pet uspokajająco. - Udawaj więc, że mamy taki kaprys.
Zaczęli wędrować po sali. Już po kilku krokach dała się słyszeć muzyka dobywająca się nie wiadomo skąd. Co pewien czas zmieniał się kolor mgły i rodzaj muzyki. Charakter pozostawał zawsze ten sam. Mgła była rzadka a muzyka sączyła się w uszy wolnym, sensualnym rytmem o dziwnej, prawie hipnotyzującej harmonii. Odruchowo czuło się potrzebę poruszania w jej takt.
- Coś musi tu być dodawane do powietrza - skonstatowała Anna.
Pet nie odpowiedział, bo był zafascynowany ludźmi, których tu dostrzegał. Każdy z nich był ubrany inaczej. W pióra, w gąbki, w dziwne tkaniny o zmieniających się i wirujących barwach i odcieniach, w rodzaje obcisłych skafandrów zakrywajšcych różne części ciała. Miejsce robiło wrażenie fantastycznego parku wziętego żywcem z mózgu jakiegoś schizofrenika. Ludzie poruszali się powoli, dostosowując swoje ruchy do rytmu muzyki. Niektórzy trzymali w rękach naczynia o różnorodnych kształtach wypełnione płynami nie tylko w różnych barwach, ale różniących się również konsystencją. Po dłuższej wędrówce udało im się dostrzec, że ta pozornie wielka sala jest w rzeczywistości pełna różnych pomieszczeń. Niektóre były rodzajem parków, inne posiadały jakieś dziwne meble, a inne wreszcie były pozornie puste. Każda z tych niby - sal była odgrodzona od innych ścianą gęstej i chyba nieprzenikliwej mgły.
- Zauważyłeś, że zawsze wyposażenie tych pokoi różni się między sobą, ale nigdy nie występuje nawet najmniejsze załamanie harmonii między kolorom mgły a kolorami sprzętów w danej sali? - zauważyła Anna z uznaniem.
- Zauważyłem - stwierdził sucho Pet, jakby nagle wyrwany ze snu.
- Widzę, że to zaczyna działać na ciebie - ucieszyła się Anna.
Pet nic nie odpowiedział. Objął ją ramieniem i lekko pociągnął w dalszą wędrówkę. Anna przez chwilę szła sztywno za nim, ale po chwili rozluźniła się. Pet uśmiechnął się do niej łagodnie. Następnie otworzył przez jej falami telepatycznymi wszystkie swoje odczucia. Anna wyczytała z nich, że jest mu dobrze. Lekko ścisnęła go ramieniem i Pet odebrał całą skomplikowaną gamę jej uczuć, których nigdy nie mogłaby mu przekazać słowami. Wreszcie zaczęli zwracać baczniejszą uwagę na to, co robią ludzie. Poprzednio dostrzegali głównie przedmioty i stroje. Zaraz na wstępie zauważyli trójkę tancerzy: dwie kobiety i mężczyznę. Prawie nadzy, jeśli nie liczyć mieniących się różnymi kolorami bransolet w kształcie węży na rękach i biodrach. Cala trójka stała prawie nieruchomo wśród płomieni. W tej sali nie było niczego innego niż ogień tryskający z podłogi. Mgła tworząca ściany również straciła swój kolor i przypominała konsystencją plazmę słoneczną. Zachowywała się zresztą jak ona, wyrzucając co chwila fantastyczne kształty protuberancji. Muzyka brzmiąca w tym pomieszczeniu była tak samo wolna i zmysłowa, jak wszędzie, ale po dłuższym wsłuchiwaniu się można było zauważyć wyraźną różnicę w rytmie. Pet z Anną stali spleceni, przyglądając się, jak trójka tancerzy dostosowuje swoje ruchy do tempa melodii, która mimo swej delikatności wręcz prowokowała do gwałtowności. Pet o mało nie uległ tej magii. Usłyszał wtedy w swoich myślach zadowolony śmiech Anny, ale zaraz wyczuł, że i ona o mało co nie dała się ponieść. Tancerze najwyraźniej panowali nad swoimi odruchami. Tymczasem protuberancje wyrastające ze ściany stawały się coraz większe i w końcu zaczynały dosięgać tańczącej trójki. Co chwila któreś z nich zostawało oplatane tym żółtym wybuchem i wtedy zamierało w bezruchu, oddając się całkowicie działaniu tej sztucznej plazmy, która musiała sprawiać dużą przyjemność, sądząc po ich minach. Wreszcie mężczyzna zaczął odchylać się do tyłu, nie tracąc bynajmniej nic z doskonałości swoich ruchów. Wzniósł ręce w górę, a bransolety oplotły jego dłonie płomieniami, które najwyraźniej mógł kontrolować, bo w pewnym momencie języki ognia zaczęły dotykać różnych części ciała jego partnerek. Wtedy one również rozpoczęły wykonywanie ruchów rękoma i języki ognia z ich płonących dłoni oplotły mężczyznę. Dopiero wtedy powrócił on do wyprostowanej pozycji. Jedna z kobiet, jakby sprzężona z nim, zaczęła w tym samym tempie odchylać się, aż osiągnęła jakiś nieprawdopodobny kąt. Ta sama scena powtórzyła się z drugą kobietą. Po pewnym czasie, może po kwadransie, może po godzinie - Pet i Anna stracili poczucie czasu - cała trójka tryskała ogniem z rąk, tworząc zupełnie fantastyczną scenę. Jednocześnie wszyscy zaczęli oddychać coraz szybciej, a po ich ciałach spływał pot. Nie stracili jednak rytmu. W pewnym momencie jedna z kobiet zaczęła krzyczeć, a jej bransolety straciły swoją cudowną moc i stały się fioletowe. Nie był to jednak krzyk bólu, a rozkoszy. Kobieta przestała się ruszać. Stała nieruchomo pod nieustającym ogniem pozostałej dwójki, która wolno, metodycznie, z jakąś wręcz nieludzką precyzją oplatała ogniem różne części jej ciała. Mimo powolności ruchów czuć było w tym działaniu jakąś niesamowitą determinację. Kobieta jakby chciała osunąć się na ziemię, ale niewidzialna siła podtrzymywała ją dalej w pozycji stojącej, mimo wysiłków czynionych przez nią, żeby temu zapobiec. Widać było wyraźnie, że nie może w tej chwili ruszyć żadną częścią swego ciała. Była skazana na stanie w takiej pozycji w jakiej pochwyciła ją owa niewidzialna moc. Pozostała dwójka zgasiła na sekundę swój ogień wywołując tym kolejny krzyk ich ofiary. Tym razem był to krzyk rozpaczy, żalu, błagania. Trwał tylko chwilę, bo ogień zaczął znowu ją oplatać. Mężczyzna spowijał swoimi płomieniami jej głowę, a kobieta nogi. Płomień metodycznie zbliżał się z obu stron ku jej udom wywołując głośne jęki - ofiara najwyraźniej nie miała siły już krzyczeć. Natężenie jęków zbliżało się do maksimum w miarę jak płomienie zbliżały się do siebie. Kiedy już miały się dotknąć zgasły nagle, a kobieta została spowita w kolejną protuberancję. Potem wszystko zaczęło się od początku i powtarzało kilka razy. Kobieta przestała krzyczeć, nawet jęczeć. Zaledwie cicho pomrukiwała. Wreszcie pozostała dwójka, jakby znudzona jej zachowaniem zgasiła swoje ognie. Przez chwilę tańczyli patrząc wyłącznie na siebie, by nagle, jak na komendę, opleść ciało swojej ofiary ogniem ze wszystkich palców. W tym samym momencie kolejna protuberancja ponownie otoczyła kobietę, co pozostała dwójka wykorzystała, by ponownie zgasić płomień, ale zaledwie na ułamek sekundy. Zaraz bowiem tańcząca wciąż kobieta wyprostowała powoli swoją rękę i z jej wskazującego palca trysnął wąski płomień w kierunku pępka partnerki. Metodycznie wodziła tym płomieniem po jej brzuchu. Mężczyzna natomiast jakby zapomniał o nieruchomej kobiecie i całkowicie poświęcił się swojej towarzyszce, spowijając jej ciało różnokolorowym ogniem. W miarę jak zaczynała ona oddychać coraz szybciej, jej dłonie coraz więcej ognia kierowały na partnerkę, która teraz już właściwie warczała, rzęziła - Pet i Anna nie umieliby tego nazwać. Wreszcie mężczyzna przerwał swoją działalność i jakby od niechcenia oplótł ogniem jednej ręki uda unieruchomionej partnerki, która w tym momencie zaczęła krzyczeć z rozkoszy potwornym głosem. Druga kobieta, jakby niezadowolona z tego stanu rzeczy, przeniosła swój ogień na mężczyznę, który dalej zajmował się tamtą. Wreszcie unieruchomiona kobieta wzniosła się w swoim krzyku na, wydawałoby się, nieosiągalne dla człowieka dźwięki, jej ciało wygięło się tak daleko, jak tylko pozwoliły na to niewidzialne siły i nagle zamilkła, oddychając ciężko. W tym samym momencie wszystkie jej bransolety spadły z niej, pozostawiając ją nagą. Chwilę stała jeszcze nieruchomo, by nagle upaść na płonącą posadzkę. Tymczasem druga kobieta zamieniła uda mężczyzny w płonącą żagiew. Przez chwilę oddawał jej jeszcze płomień by nagle krzyknąć urywanym z rozkoszy głosem. W tej samej chwili jego bransolety zgasły, a on znalazł się unieruchomiony przez tę samą tajemniczą siłę, która oplotła poprzednio kobietę.
- No i przegrałaś - usłyszał Pet zawiedzioną Annę.
- Dlaczego? Raczej wygrała.
- Jeśli się jest masochistką, to może to być nawet przyjemne. Ja wolałabym przegrać.
- Chodźmy dalej, zanim nas zauważą - zaproponował Pet ze śmiechem. - Nie jestem pewien, czy takie podglądanie jest tu dopuszczalne - dodał rozglądając się nagle zaniepokojony i zawstydzony.
- Chodźmy - nadała rozbawiona Anna. - Nie sadziłam, że ten groźny Pet, szef lotów gwiezdnych Rady Hildora, okaże się tak wstydliwym chłopakiem - dodała, raczej zadowolona i mocno przytuliła się do niego.
- Mam obowiązki - odparł zmieszany Pet - cała moja flota wraz z załogą jest na Ziemi.
Przekazał to jednak bez przekonania, raczej żeby ukryć zakłopotanie. Anna w odpowiedzi leciutko musnęła swoimi wargami jego usta.
- Chodźmy wreszcie - usłyszał jej myśli zabarwione wyraźnie dwuznacznością. Kontynuowali dalej swoją wędrówkę. Spotykali pary, trójki w różnych zestawieniach płciowych i w różnych sytuacjach. Niektórzy trwali nieruchomo w oparach dziwnych, białych mgieł, inni złączeni rękoma, niektórzy wreszcie rozmawiali, leżąc niedbale w najdziwniejszych pozycjach. Osoby samotne, z reguły wolno kroczyły w sobie tylko znanym kierunku. W jednej z sal, w której zamiast mgieł było widać tylko gwiazdy, co razem z podłogą i sufitem tworzyło wrażenie unoszenia się w głębokiej przestrzeni, napotkali dwoje ludzi, którzy nago unosili się w powietrzu. Wydawało się, że obydwoje lewitują, ale przecież nie było to możliwe. Po chwili dopiero dostrzegli, że para stara się delikatnie obejmować i pieścić, ale z jakiegoś powodu jedno nie może dotknąć drugiego. Były to dwie kobiety. Obie delikatnie wodziły dłońmi ponad ciałem partnerki. Oczywiście w powolnym, wręcz nieludzkim rytmie muzyki, która tym razem przypominała swoim brzmieniem sławną silentium universum.
- Masz rację - nadała zamyślona Anna - tak sobie można wyobrazić głos ciszy absolutnej. Coraz bardziej mnie zaskakujesz.
- Wy jesteście Pet i Anna, załoga "Feniksa", statku, który powrócił z wyprawy pozaukładowej, prawda? - zabrzmiał nagle koło nich miękki alt kobiecy. Obejrzeli się gwałtownie, trochę źli na siebie za nieuwagę. Przed nimi stała czarnowłosa dziewczyna. Dość przeciętnej urody, ale o miłej twarzy. Była prawie naga. Na wysokości piersi nosiła rodzaj pętli, z której zwisały do ziemi przezroczyste pasma jakiejś substancji. Kiedy jednak gwałtowne nabrała powietrza przed nowym zdaniem zobaczyli, że owa przezroczystość występuje tylko w bezruchu. W innym przypadku wszystkie pasma mieniły się niesamowitymi wręcz kolorami.
- Pokazywali wasze zdjęcia w telewizji - odezwała się ponownie, patrząc na nich niepewnie. - Widziałam wasze lądowanie - dodała, jakby usprawiedliwiając się za nagłe wtargnięcie w ich intymność. Pet i Anna bowiem dalej trwali w swoim uścisku.
- To nie było nic trudnego - odezwała się Anna, puszczając wreszcie Peta ze swych ramion.
- Rzadko się zdarza, żeby Nowi Ludzie tu schodzili - powiedziała dziewczyna wciąż zakłopotanym tonem. - Wybaczcie, że podeszłam do was tak bez zaproszenia, ale tu z reguły dopuszczalne są wszelkie szaleństwa. Na górze - wskazała głową w gwiazdy - w życiu nie ośmieliłabym się. W ogóle jestem trochę szalona - zakończyła już rezolutniejszym tonem.
- Nie jesteśmy Nowymi Ludźmi - odezwał się wreszcie Pet, który dotąd zajęty był wolnym opuszczaniem swojej dłoni z ramienia Anny i milczał uważając, że mówienie w takiej pozycji jest niepoważne. Wciąż czuł się jak na walnym zebraniu Rady Hildora.
- Jesteście - odezwała się dziewczyna z przekonaniem - choćby dlatego, że pochodzicie z czasów Herstha.
- Nowi Ludzie nie przychodzą tutaj? - zainteresowała się Anna.
- Rzadko, a już nigdy w takich strojach. Wolą w ogóle być w maskach na twarzy, bo im chyba nie bardzo wypada tu bywać.
- Nam wypada - stwierdził z przekonaniem w głosie Pet.
- Wiem. Zresztą wszyscy już o tym wiedzą.
- Och! - wyrwało się Annie.
- Wzbudziliście sporą sensację swoim przylotem.
- Cieszymy się - mruknął Pet z przekonaniem w głosie, którego nie potwierdzała bynajmniej jego mina. Dziewczyna jednak najwyraźniej nie przejmowała się takimi drobiazgami.
- Jestem Alma - odezwała się już prawie normalnym tonem, przypominając sobie o tym, że nie była przedstawiona. - Nawigator na Jedności Il. Dwudzieste pokolenie - dodała.
- Gdzie my właściwie jesteśmy? - zapytał Pet wykonując ręką mętny ruch obejmujący całe pomieszczenie.
- Na poziomie rozkoszy - wyjaśniła lekko zdziwionym tonem Alma. - Prawda - dodała po chwili - wy przecież nie możecie wiedzieć. My to nazywamy potocznie rozkoszarnią.
- Chyba trafna nazwa - przytaknęła Anna i opowiedziała jej scenę z płomieniami.
- Super novae - Alma wzruszyła ramionami - znudziło mi się to już dawno. Nie spotkałam chyba kogoś z wystarczającą dozą wyobraźni. Tutaj natomiast mamy obojnatorium - wyjaśniała wskazując na obie pływające w powietrzu kobiety - Każdy może telepatycznie odbierać wszystkie ich doznania. Wystarczy tylko założyć te diademy - Dopiero teraz Pet z Anną dostrzegli, że w powietrzu pływają również inne postacie, także nagie, tylko że spowite czarnymi chmurami - bo inaczej trudno by było to nazwać - które prawie doskonale wtapiały się w tło nieba.
- W innych salach można spotkać równie ciekawe rzeczy? - zainteresował się Pet.
- Salach? - zdziwiła się Alma. - Tu nie ma sal. Każdy robi to, na co ma ochotę i pomieszczenie tworzy się automatycznie, bo automaty odbierają przez cały czas nasze uczucia i dostosowują do nich otoczenie.
- Telepatia?! - zdziwiła się Anna.
- Nie, skądże. Każdy emanuje określone uczucia, które automaty odpowiednio interpretują. To wszystko.
- Ciekawe - przytaknął z ulgą Pet. O mały włos obydwoje z Anną doznaliby szoku na uwagę Almy o dostosowywaniu się automatów. Na szczęście Ziemianie nie znali jednak sterowania telepatycznego.
- Normalne - Alma wzruszyła obojętnie ramionami.
- Powiedz mi jeszcze, co to za bransolety mieli na rękach ci ludzie, którzy robili super novae - zapytała Anna podejrzanie obojętnym głosem. Tak obojętnym, że Pet spojrzał na nią z zaciekawieniem.
- Pole siłowe, w kształcie ognia dostosowane do bioprądów i odczuć.
- Skąd oni to wzięli?
- Prawda, wy jeszcze nie znacie się na tym wszystkim - przypomniała sobie Alma po raz wtóry. - To bardzo proste - dodała i schyliła się w stronę gwiezdnej podłogi, po czym wystukała coś palcami dwukrotnie w szybkim tempie.
- Taki rodzaj sygnalizacji - wyjaśniła obojętnym tonem - trzy krótkie, dwa długie. Po diadem trzeba wystukać dwa krótkie jeden długi i tak dalej - wyjaśniała i jednocześnie podniosła z podłogi dwa komplety znanych już Petowi i Annie bransolet.
- Trzymajcie - podała im kolejno. - Ja muszę lecieć do kasyna - dodała niezrozumiale i zniknęła w różowej mgle. Po chwili jednak wróciła, mówiąc niepewnie:
- Gdybyście chcieli mnie odwiedzić, to mieszkam na trzechsetnym drugim, dom trzy dwa jeden osiem - dodała i zniknęła na dobre.
- Lekko kopnięta - podsumował ją Pet.
- Tutaj jej wolno.
- Trzeba chyba wracać - nadał Pet już telepatycznie, ale w ręku wciąż trzymał niezdecydowanie swoje bransolety. Anna pokręciła wolno głową i w jej oczach pojawiły się dobrze mu znane błyski. Była w takich chwilach najpiękniejsza.
- Jeszcze nie teraz - usłyszał jej cichutki głos w swoich myślach i zaraz potem poczuł jej usta na swoich. Całowali się bardzo długo, zapominając o bransoletach. Wreszcie Anna oderwała się od niego i wtedy zobaczył, że zdążyła już założyć je sobie na nadgarstki. Szybko zrzuciła z siebie tunikę i po chwili była ubrana dokładnie tak samo, jak tamta trójka. Pet przez chwilę jeszcze wahał się, ale w końcu poszedł za jej przykładem. Wtedy dopiero dostrzegł, że mgła wcześniej odgadła jego pragnienie, bo wokół nich widać było tylko ścianę ognia i wybuchów. Przez kilka minut stali nieruchomo, poddając się działaniu muzyki. Wreszcie Peta pochłonęła pierwsza protuberancja i poczuł się zrelaksowany i odprężony, jakby dopiero co wstał. Zauważył, że Anna prawie niezauważalnie porusza się w rytmie tej samej nieubłaganej melodii. Po chwili i on zapomniał o wszystkim i oddał się we władanie muzyki. Jeszcze później odebrał jej myśli wysyłane na najbardziej intymnym kanale, którego nikt nigdy nie stosował bez zgody rozmówcy. Przez chwilę poczuł się zawstydzony, że go ubiegła i zaraz nawiązał z nią kontakt. Wymieniali totalnie wszystkie myśli i pragnienia. Obydwoje wiedzieli, czego oczekuje drugie i zaspokajali te żądania, upajając się strumieniem myśli i uczuć, które wzbudzali w ten sposób u drugiego. Po chwili połączył ich strumień ognia z czterech dłoni, które nieomylnie natrafiały na miejsca, gdzie doznania były najsilniejsze. Kiedy Pet usłyszał w swoich myślach pierwszy krzyk Anny, miał ochotę ją zamknąć z wdzięczności w swych ramionach, ale na szczęście jakaś siła przytrzymała go na miejscu. Wtedy otworzył przed nią swoją podświadomość - co na Hildorze zdarzyło mu się tylko raz czy dwa. Anna zaraz odwzajemniła mu się tym samym. Od tej chwili obydwoje zamienili się w coś na kształt automatów. Z nieludzką precyzją wyrywali sobie nawzajem okrzyki, jęki, drgania całego ciała. Wszystko to dzięki telepatii rozgrywało się bezgłośnie i trwało ponad dwie godziny. Do tego stopnia było to niezwykłe, że wokół nich zebrało się mnóstwo ludzi obserwujących z zazdrością ich bezgłośne zmagania. Jedynie otwarte do krzyku usta i pot wskazywał na to, co się między nimi rozgrywa. Po następnym kwadransie mruczenie widzów stało się już wyraźne. Był to pomruk podziwu ludzi, którzy sami doskonale znali tę grę i którym wydawało się, że zgłębili ją do samego końca. Tym razem trafili na mistrzów. Tymczasem Pet i Anna nieświadomi tego zainteresowania wciąż oplatali się ogniem, który muskał ich ciała z delikatnocią puchu. Dopiero skoncentrowanie obu dłoni w jednym punkcie dawało uczucie prawdziwego dotyku, a i to bardzo delikatnego. Wreszcie po kolejnej godzinie Anna zbliżyła się do krańca swojej wytrzymałości. Pet już od paru minut wstrzymywał się ostatkiem woli, ale starannie to ukrywał przed Anną. Wreszcie i on się zdradził. Wtedy w doskonale zsynchronizowanym tempie obydwoje złączyli swoje ręce i wymierzyli ostateczne ciosy. Żadne z nich nie zauważyło kiedy spadły z nich bransolety ani kiedy znaleźli się na dziwnych posłaniach, utrzymujących ich wśród miłego i uspokajającego teraz działania płomieni tryskających z podłogi. Pet z trudem przezwyciężając otępienie wywołane taką dozą wrażeń przytulił Annę do siebie i delikatnie nadał to, co powinien był powiedzieć już dawno:
- Kocham cię.

* * *

Przez kilka następnych miesięcy obydwoje pracowali na pokładzie "Feniksa" wraz z ludźmi Tajnej Rady. Oprócz Emmy, która reprezentowała Loopa, obecni byli przedstawiciele wszystkich Namiestników. Codziennie pojawiała się osobiście Lara, która najwyraźniej miała ochotę na Peta. Tak przynajmniej twierdziła Anna, dostrzegając w jej oczach coś więcej niż zwykłą ciekawość.
Od pamiętnej wizyty w rozkoszami minęło już sporo czasu, ale ich wykonanie super novae wzbudziło równie wielką sensację, co poprzednio ich brawurowe lądowanie. W dwa dni po tym wydarzeniu doszło do poważnej rozmowy z Larą, która zaproponowała im kierownictwo nad flotą międzyplanetarną. Oficjalnie Pet został jej szefem, Anna natomiast otrzymała funkcję jego zastępcy i szefa wyszkolenia. Zinterpretowała to, jako wyraźny dowód na zakusy Lary w stosunku do Peta. Poza tym zaczęła nabierać przekonania, że Pet zaczyna coś knuć. Nie wiedziała jednak do końca, czy to przekonanie nie jest wynikiem jej zazdrości. Na razie obydwoje odłożyli problemy sercowo-moralne na bok i poświęcili się umacnianiu własnej pozycji. W Sydney ich popularność była duża i ustępowała tylko popularności Lary. W innych wieżach Azji również rozeszła się plotka o ich wyczynach.
Od wielu dni odpowiadali na setki pytań zgromadzonych na "Feniksie" specjalistów, których głównym celem było zbudowanie pola siłowego zdolnego pokryć całą wieżę. W praktyce wymagało to energii zużywanej do zasilania jednej wieży. Impas wywołany tym stwierdzeniem spowodował wizytę samego Loopa, który dotąd udawał brak zainteresowania. Wizyta była krótka, zaledwie kilkugodzinna, ale umożliwiła Annie zdobycie trzech ludzi z jego otoczenia, którzy ujawnili, że Loop przygotowuje się do rozstrzygającej rozgrywki. Następnego dnia Pet z Anną wzięli grawilot i polecieli nad morze. Lara była raczej zadowolona z ich odlotu i najprawdopodobniej zamierzała wykorzystać ten czas do dokładnych badań na "Feniksie". Mimo zainteresowania Petem nie przestawała nawet na chwilę być politykiem.
Pet z Anną leżeli na białym piasku Australii, po którym od ładnych paru lat nie stąpał żaden człowiek. Opalali się wymieniając leniwie myśli na temat wydarzeń ostatnich dni. Na takiej plaży można było czuć się jak Adam i Ewa, ale żadne z nich za nic nie przyznałoby się do tego. Zdążyli się już wykąpać w oceanie. Potem jak dzieci tarzali się w piasku, by znowu kąpać się w oceanie. Teraz leżeli rozleniwieni i bezwolni, pozwalając ostrym promieniom słońca bezkarnie penetrować najintymniejsze zakamarki ich ciał. Zapomnieli, że gdzieś za tą plażą ludzie w Sydney gorączkowo zastanawiali się, w jaki sposób objąć polem siłowym całą wieżę, że dziesięć tysięcy kilometrów od ich plaży Loop przygotowywał się na najgorszą ewentualność walki zbrojnej z Larą, wreszcie, że setki lat świetlnych stąd Hildor być może oczekuje ich powrotu.
Nagle w powietrzu rozległ się przenikliwy dźwięk syreny. Zaraz potem dał się słyszeć trzask łamanych zarośli i huk broni pokładowej grawilotu. Wszystko odbyło się o wiele za szybko nawet dla nich. Pet zdążył jeszcze wysłać swoje pole indywidualne w kierunku zbliżającego się zwierzęcia, ale zaraz poczuł martwotę jego mózgu. Był zły na siebie za taką nieuwagę. Na skraju dżungli leżały szczątki algora i gdyby nie czujniki grawilotu mogliby zostać ranni.
- Daj spokój, Pet - nadała Anna. - Któreś z nas zawsze zdążyłoby zogniskować swoje pole.
- To mógłby równie dobrze być ktoś z grup interwencyjnych Loopa, a wtedy zaskoczyłby nas z pewnością. Wiesz przecież, że ich broń jest sprzężona z nimi, tak jak te bransolety w rozkoszarium.
- Loop nie ma na razie najmniejszego powodu do podejmowania takich kroków.
- O tym wie tylko on - uciął dalszą dyskusję i powoli zbliżył się do martwego potwora. Po chwili dołączyła do niego Anna.
- Boże, co tu musiało się dziać, żeby takie coś mogło powstać? - nadała z przejęciem.
- Zaczynam coraz bardziej podziwiać dzikich - powiedział Pet.
- Wracajmy - nadała Anna - odechciało mi się plaży.
- Wrócili nad brzeg morza i powoli zaczęli wkładać swoje czarne tuniki.
- Można by zobaczyć jak sobie radzą kopie - zaproponował Pet.
- Jeżeli jesteśmy pod obserwacją radarową, a prawdopodobnie jesteśmy, to zdradzimy się przed nimi. Zresztą nie widzę powodu, żeby miało im się coś stać.
- Musimy opanować wszystkich ludzi związanych z pracą w sali kontrolnej - postanowił Pet.
- Mamy już opanowanych ponad dwieście osób - zaoponowała Anna. - Dałabym spokój na razie. W końcu ktoś może zacząć coś podejrzewać.
Pet przytaknął jej w milczeniu głową, wpatrując się w morze, które miało tutaj prawie podręcznikowy, zielony kolor. Anna miała rację. Nagłe pojawienie się zbyt dużej ilości ich gorących zwolenników mogło wywołać podejrzenia Lary. Zresztą i tak już podjęli ogromne ryzyko.
- Mieliśmy się kąpać, śpiewać i kochać - przypomniał jej.
- Ty miałeś śpiewać.
- Ty, kochanie. Ja chciałem się z tobą kochać - stwierdził stanowczo.
- Ostatnio rzadko z sobą rozmawiamy - zmieniła temat.
- Niby o czym mielibyśmy rozmawiać - zdziwił się Pet - przecież wszystko jest ustalone.
- Nie podobasz mi się.
- Lara?
- Coś knujesz - stwierdziła Anna spokojnie. Znam cię tak dobrze, że wyczuwam twoje myśli przez każdą blokadę.
- Czemu? - Pet udał lekkie zdziwienie. - Na razie wszystko idzie po naszej myśli. Czemu miałbym coś knuć?
- Znam cię, Pet. Coś knujesz. I chcę teraz dowiedzieć się, co to takiego - powtórzyła Anna wciąż tym samym spokojnym tonem. W każdym razie Pet nie wyczuł w jej myślach żadnego śladu zdenerwowania. Był w nich jedynie olbrzymi upór. Przez chwilę zastanawiał się nad jej słowami pod osłoną blokady mentalnej. Wreszcie westchnął głęboko i położył się na piasku.
- Masz rację.
- Słucham.
Pamiętasz naszą rozmowę przed pójściem do rozkoszami? Rozkleiłem się wtedy. Miałaś rację, że trzeba walczyć. Tylko że mnie nie wystarcza rola szefa floty, która nigdzie nie lata, poza Marsa i Wenus.
- Tak sądziłam - zgodziła się Anna. - Czego pragniesz?
- Pragniemy moja droja - sprostował. Musimy zasiąść w Tajnej Radzie - dodał po krótkim milczeniu, spowodowanym głównie jego nie zaspokojonymi zdolnościami teatralnymi.
- Jak to sobie wyobrażasz? Sądzisz że ludzie pójdą za nami tylko dlatego, że spędziliśmy tyle wieków w "Feniksie"? Przecież oni nie wiedzą nic o Hildorze. Nawet gdyby wiedzieli, to wątpię żeby ich to w jakiś sposób wzruszyło. My cały czas nie doceniamy Ziemian. Na początku znaliśmy ich tylko przez Tajną Radę, później poznaliśmy ich w rozkoszarium i na innych poziomach rozrywkowych. Teraz poznajemy ich naukowców i pilotów. Cały czas czymś nas zaskakują, a przecież nie znamy jeszcze innych wież.
- Zgoda. Tylko że powiemy im o Hildorze. Przedstawimy im wizję lotów kosmicznych, w których oni będą mieli rolę przewodnią.
I to ma według ciebie wystarczyć? - Anna pokiwała z politowaniem głową - Pet, jesteś nie tylko megalomanem, ale w dodatku niebezpiecznym szaleńcem - dodała, wzdychając ciężko.
- Na razie zaakceptowali nas jako swoich dowódców piloci. To jest dowód na to, że są elastyczni. Masz rację, że ich nie znamy, ale to, co już wiemy, wystarcza, żeby stwierdzić, że masy są znudzone ciągłym wymyślaniem nowych podniet, nowymi trunkami z pogranicza narkotyków, nowymi tańcami i tak dalej. Wartościowi są jedynie Nowi Ludzie, tych jest niewielu. Reszta wpadła w dekadencję i jest to między innymi powodem, dla którego Lara popiera ten ruch kontestatorski. Nie bez przyczyny podjęła olbrzymie ryzyko włączając do programu hipnotyzującego swoje rozkazy. Zwłaszcza ten dotyczący Kontestatorów. Oni wiedzą jak nas wykorzystać, a ona chce, żebyśmy tak właśnie robili. Nasze przybycie nie wywołało oczywiście kryzysu, ale z pewnością przyspieszyło bieg wydarzeń. Kontestatorzy chcą właśnie zmiany dla mas. Wreszcie Loop nie po to ściągnął swoje grupy kontaktowe, żeby sobie popatrzeć na nich i pogadać. On również spodziewa się szybkiego przesilenia. Cały problem sprowadza się do znalezienia sposobu na to, żeby udając pionka poświęconego dla dobra Lary stać się parą królewską tej rozgrywki.
- Nie tak dawno sam mnie przekonywałe, że nie możemy opanować świadomości wszystkich Ziemian - przypomniała mu.
- Jeśli nasze oceny są słuszne i oni rzeczywiście znajdują się na progu zasadniczej zmiany istniejących stosunków to w takim społeczeństwie mięczaków można będzie grać na chwilowych nastrojach.
- Wolałabym mieć konkretniejsze zabezpieczenie.
- Myślałem o tym. Trzeba w odpowiednim czasie dopilnować, żeby tajemnica pola siłowego znalazła się w posiadaniu wszystkich członków Tajnej Rady.
- Moglibyśmy potajemnie wmontować w generator odbiornik telepatyczny. To ryzykowne.
- Widzisz. My się zawsze rozumiemy - stwierdził Pet z satysfakcją. - Nie trzeba nic robić potajemnie. Wystarczy, że sami się zajmiemy sporządzaniem planów generatorów - dodał.
- Chyba nie potrafimy już myśleć normalnie - dodała Anna w zamyśleniu.
- Jestemy cynicznymi świniami pozbawionymi cienia skrupułów - odparł z wyraźnym zadowoleniem. - Całe szczęście. Inaczej nie byłoby tej rozmowy. Nie byłoby nawet nas. Byłyby najwyżej dwa automaty przeznaczone do wyrzucenia po wykonaniu swoje misji - dodał poważnie.
- Lara z pewnością nie zgodzi się na wypuszczenie tajemnicy pola z ręki - zauważyła Anna. - Co proponujesz?
- Niech wywoła kryzys. Zobaczymy, co zrobi Loop.
- Wyobrażam sobie - nadała Anna z westchnieniem. - Żeby tylko nie doszło do wojny - dodała z niepokojem. - Nie dojdzie - uspokoił ją Pet.
- Nie byłoby komu walczyć. Do walki są zdolni tylko Nowi Ludzie i dzikusy. Reszty nie wyobrażam sobie w roli wojowników.
- Żeby nasz plan się powiódł, to i tak trzeba będzie doprowadzić sytuację do skraju może nie wojny, ale przynajmniej poważnych rozruchów - nadała Anna z wyraźnym niesmakiem. - Zastanawiam się, które z nas jest bardziej cyniczną świnią - odparł Pet z uśmiechem, - I wiesz? Chwilami wydaje mi się, że to ty. Oczywicie, masz rację - dodał zaraz - dopiero wtedy można będzie udostępnić Loopowi plany pola. Natomiast przed rozpoczęciem kryzysu należałoby wyjawić im tajemnicę Hildora. Mała kolonia zagubionych dzieci Ziemi, oczekująca z niepokojem na pomoc planety matki. Akt rozpaczy jej dwóch przedstawicieli, którzy podjęli się misji bez powrotu, żeby przekonać Ziemię o konieczności pomocy dla swych pobratymców. Coś w tym duchu.
- No i musimy wreszcie dowiedzieć się czegoś konkretnego o teleportacji.
- Trzeba będzie opanować kogoś z grupy interwencyjnej Lary.
- I myślę, że powinieneś skończyć wreszcie z tą idiotyczną tajemniczością. Nie jesteśmy już na Hildorze - nadała Anna stanowczo i podniosła się z piasku, zmierzając w stronę grawilotu.
- Trzeba się zbierać - dodała nie oglądając się na Peta, który chwilę jeszcze leżał na piasku, rozkoszując się jego ciepłem. Wreszcie i on poszedł w ślady Anny.
Do Sydney wrócili około piątej po południu i od razu dostali się w ręce Alfa, który koniecznie chciał z nimi przedyskutować jakiś szczególnie, jego zdaniem, trudny manewr. Od niego dopiero dowiedzieli się o śmierci Wuura i Jeny. Jeszcze raz przekonali się, że gra, w której uczestniczą jest grą, w której nie będzie kompromisu. Począwszy od następnego dnia rozpoczęli długie dyskusje z Larą i jej ludźmi, na temat różnych rozwiązań energetycznych planowanego generatora. W trzy miesiące później przystąpili do jego montowania.

* * *

Loop przeglądał z ponurą miną sprawozdanie Zoi, które wbrew jej wcześniejszym zapewnieniom dotarło do niego po wielu miesiącach. Jego przeczucia były słuszne. Lara rzeczywiście upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu. Był zły na siebie za to, że dał się tak łatwo podejść. Nie mógł jednak nie podziwiać jej sprytu. Pet i Anna byli teraz we władaniu Lary i w pewnym stopniu również Kuffy. Loop zmełł w ustach przekleństwo. Na milę czuć było przewrotem, i to wszystko przez głupiego kretyna, który dopuścił do rozpowszechnienia wiadomości o powrocie "Feniksa". Pet i Anna musieli umrzeć. Najlepiej w tym samym momencie i bez świadków. To dla niego było jasne. Nie wiedział tylko, jak tego dokonać. Na razie.
Przez chwilę wpatrywał się bezmyślnie w aparaturę stanowiska dowodzenia. Te wszystkie urządzenia łączyły go z dowolnym punktem Ziemi i Systemu.
Sytuacja na dziś wyglądała tak, że część tego systemu nie podlegała jemu. Loop nie wątpił, że obecność Kuffy u Lary oznacza początek akcji Kontestatorów. Ta myśl przywróciła go do rzeczywistości. Połączył się z działem kontroli opinii publicznej.
- Co się sądzi o kosmitach? - zapytał dyżurnego technika.
- Fonią, czy przesłać kopie, Czcigodny?
- Fonią - odparł wzruszając ramionami. Sytuacja musiała być poważniejsza niż sądził, skoro nawet jego ludzie zarazili się manią tajemniczości.
- Popularność obojga wzrosła w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy o trzydzieści punktów. W tej chwili są najpopularniejszymi osobami w Systemie po Tajnej Radzie.
- Ich szanse w wypadku wyborów?
- Nie robiono takich badań - odparł zdziwiony technik.
- To zróbcie i natychmiast przyślijcie odpowiedź.
Loop nie bardzo wiedział, dlaczego o to zapytał. Na pozór myśl wydawała się absurdalna. Czego jednak innego mogła chcieć Lara. Sprawowanie rządów pojedynczo nie wchodziło w rachubę, bo ludzie nie byli przygotowani do takiej myśli. Pozostawało więc wybrać Radę, która będzie całkowicie posłuszna jednej osobie. To musiał być z pewnością cel Lary. W systemie kastowym, który panował na Ziemi liczył się numer Naboru. Pet i Anna byli najstarszymi z wszystkich żyjących ludzi. Ich wejście do Rady nie mogło nikogo zadziwić. Nawet Loop w gruncie rzeczy akceptował tę myśl bez zastrzeżeń. Jego opory były natury czysto egoistycznej.
Przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w leżący przed nim raport. Wreszcie zdecydowanym ruchem nacisnął kilka przycisków na pulpicie sterowniczym. Na ekranie pojawiła się twarz Zoi.
- Nie znalazłem w twoim sprawozdaniu niczego o możliwości zneutralizowania hipnozy - zaczął bez zbędnych wstępów.
- Nie ma takich możliwości.
- Nawet dzikim można zmienić sugestię po pewnym czasie.
- To są czyste mózgi. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z już ukształtowanymi osobowościami. Ponowna zmiana spowoduje nieodwracalne procesy w ich mózgach. Najprawdopodobniej zwariują.
- Czy istnieje możliwość selektywnej sugestii?
- Tak. Mogę napisać taki program.
- To bierz się do roboty. Chcę, żeby w odpowiednim momencie spełniali każde moje polecenie.
- Zwariują po tym. Nastąpi zbyt duża sprzeczność z ich podświadomością.
- Niech wariują.
- W ciągu tygodnia będziesz miał odpowiedni program.
- Chcę go mieć w ciągu trzech dni.
- Loop. Muszę uwzględnić wszystkie możliwe sytuacje, w jakich mogą się znaleźć. Inaczej ten program nie zadziała.
- Chcę mieć go w trzy dni - powtórzył spokojnie Loop. - Uwzględnij tylko te sytuacje, które będą miały związek z wyborami do Rady i z ich kandydaturą na jej członków. Chcę, żeby w wybranym momencie wycofali się z własnej woli.
Loop widział niedowierzanie malujące się na twarzy Zoi. Nie chciał wdawać się w żadne dyskusje, bo wiedział, że jej argumentacja będzie podobna do jego własnej. On miał po prostu więcej informacji.
- Pogadamy sobie, jak mi dostarczysz swoją pracę - powiedział i wyłączył się.
Przez chwilę przyglądał się poszczególnym segmentom pulpitu. Jego wzrok zatrzymał się dłużej przy sekcji telewizyjnej. Na to było jeszcze za wcześnie. Wreszcie przywołał do siebie szefa swoich grup interwencyjnych, Zipa.
- Co donosi nasłuch telepatyczny z Sydney - zapytał, kiedy tylko Zip pojawił się w jego pokoju. Grupy interwencyjne zawsze się teleportowały, co było oczywistym marnotrawstwem energii, ale Loop nigdy nie próbował z tym walczyć: Uważał, że jego ludzie mają prawo do małych ekstrawagancji.
- Nic - odparł Zip, sadowiąc się w fotelu, bez pytania. To takie należało do jego przywilejów.
- Poziomy rządowe są ściśle kontrolowane. Lara przez cały czas znajduje się poza zasięgiem moich ludzi. Wiesz przecież, że bardzo ciężko jest przeciągnąć kogoś z bezpośredniego otoczenia członka Tajnej Rady na naszą stronę.
- Całe szczęście - mruknął Loop. - Lara bywa przecież na "Feniksie" - dodał po chwili.
- Cały czas nosi hełm ekranujący, tak samo, jak jej ludzie.
To by znaczyło, że czuje się już na stopie wojennej. Loop jeszcze raz przekonał się, że potrzebne jest natychmiastowe przeciwdziałanie.
- Sydney jest bronione? - zapytał.
- Przez siedem grup interwencyjnych i prawie całą flotę. Rozpoczęto również przebudowę "Feniksa". Anna tym kieruje.
- Czy podejmujesz się porwać ich obydwoje?
- Są cały czas w promieniu działania ochrony. Będzie bardzo trudno.
- Nie pytam o poziom trudności - żachnął się Loop. - Chcę wiedzieć, czy jesteś w stanie ich stamtąd wyciągnąć?
- Tylko martwych...
- To już coś.
- Przy prawdopodobnie bardzo dużych stratach własnych - dokończył Zip.
- Słyszałem, że czasami odwiedzają inne wieże.
- Zawsze w pojeździe z "Feniksa". Przez cały czas są otoczeni polem.
- Kiedy Lara zakończy prace nad generatorem pola siłowego?
- Sądzę, że w ciągu kilku dni.
- Masz więc trzy dni na ich porwanie - zakończył Loop.
- Będzie dużo szumu.
- Musisz to zrobić dyskretnie.
- Pojutrze.
- Co pojutrze? - zdziwił się Loop.
- Najwcześniej mogę się podjąć tego zadania pojutrze - wyjaśnił Zip.
- Daję ci trzy dni. Dopiero wtedy sam będę przygotowany na ich przyjęcie.
- Tym lepiej.
- Jak zamierzasz się do tego zabrać? - zapytał Loop.
Zip spojrzał na niego zdziwiony. Nie było w zwyczaju szefa opowiadać się komukolwiek ze szczegółów swoich akcji. Tym razem jednak sprawa była nadzwyczaj poważna. Usiadł więc z powrotem na swoim miejscu.
- Oni są przeważnie we dwójkę. To nam ułatwia zadanie. Przez cały czas są w zasięgu co najmniej dwóch grup interwencyjnych Lary, ale sami o tym chyba nie wiedzą. To nam utrudnia zadanie. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś stawiał skuteczny opór jednoczesnej akcji trzech grup interwencyjnych. Dwie z nich zabiorą Peta i Annę po uprzednim ich uśpieniu. Trzecia zdobędzie port i ucieknie grawilotem symulując, że mają ze sobą więźniów, którzy tymczasem odlecą podstawionym przeze mnie pojazdem. Nie ma takiej siły, która się oprze dwóm grupom interwencyjnym atakującym jednocześnie w czasie dwóch, najwyżej trzech minut.
- Dwie grupy to dwanaście osób. Mogą sobie nawzajem przeszkadzać - zauważył Loop.
- Ale tylko to gwarantuje mi, że doprowadzę więźniów pięćset metrów do podstawionego grawilotu. Sześć osób musi symulować, że przebija się z nimi do portu. To wszystko, plus element zaskoczenia, powinno dać rezultaty.
- Pomyśl jeszcze nad sposobem przetransportowania ich do grawilotu symulującego ucieczkę. Kiedy tam dotrą niezauważeni, porzucicie ich.
- A jeżeli się nie powiedzie?
- Co to znaczy?
- Mówiłem ci, że na pewno mogę ich stamtąd wyciągnąć tylko martwych. Plan, który ci podałem jest szalenie ryzykowny. Tak naprawdę, mam jakieś 70% szans. Pozostaje te trzydzieści. Pytam cię więc, co mam zrobić, jeśli się nie powiedzie?
- W takim wypadku chcę ich mieć martwych.
- Jak sobie życzysz - Zip wstał i skłonił się lekko, po czym zniknął.
Loop patrzył przez chwilę w miejsce, gdzie przed chwilą stał Zip. To porwanie powinno się udać. Był o tym przekonany. Anna i Pet z pewnością nie spodziewali się niczego. Lara, być może, coś podejrzewa, ale również nie mogła ich o tym zawiadomić, z powodu własnego programu hipnotycznego. Rada była w ich oczach doskonała. Nie mogli więc dowiedzieć się o tym, że zaczęła ze sobą walczyć. Pozostawała sprawa generatora. Loop połączył się z Emma która w tej chwili przebywała w jego wieży montując generator identyczny z tym, który opracowywano w Sydney. Sprawa była zbyt znana, by ktokolwiek mógł sobie w tej chwili pozwolić na jej oficjalne zatajenie.
- Witaj, Loop - rozległ się z ekranu głos Emmy - dawno się nie odzywałeś - dodała kpiąco.
Rozmawiał z nią przed dwoma godzinami.
- Mówiłaś, że nasz generator jest tak samo zaawansowany, co Lary.
- To prawda.
- Czy sądzisz, że uda nam się go uruchomić w tym samym momencie?
- Co przez to rozumiesz? - zdziwiła się Emma.
- Lara dostarcza wam plany gotowych Już elementów. Będzie więc pierwsza dysponowała zasilaniem.
Jak jesteśmy na to przygotowani? - Po pierwsze, opóźnienie będzie niewielkie. Po drugie, mam na miejscu całą ekipę, która analizuje wszystkie dane, jakie uzykuję od Lary i sprawdza je z punktu widzenia poprawności naukowej. Myślę, że będę w stanie sama znaleć rozwiązanie, jeśli zajdzie potrzeba.
- Zacznij więc go szukać już teraz. Za trzy dni znajdziemy się w otwartym konflikcie z Larą i prawdopodobnie dojdzie do rozruchów. Chciałbym mieć do tego czasu sprawny generator.
- W najgorszym wypadku będziesz miał ograniczone pole obejmujące centrum rządowe. Czy to cię zadowala?
- Wolałbym mieć zabezpieczoną całą wieżę.
- Zrobimy co się da.
Emma rozłączyła się nie czekając na pozwolenie.
Loop wzruszył ramionami. Szelma wiedziała, że ją lubi i wykorzystywała to. Wiedzial jednak, że już w tej chwili gorączkowo myśli nad zrealizowaniem polecenia. Pozostawała jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Loop połączył się ponownie z kontrolą opinii publicznej.
- Macie wyniki? - zapytał.
- Sprawdzamy, Czcigodny - odparł wyraźnie zaaferowany technik.
- Podaj wyniki - polecił Loop. W głębi duszy wiedział już, że miał rację.
- Interesują cię dane na dziś, Czcigodny?
- Prognoza ogólna.
- Pet wejdzie do Rady z prawdopodobieństwem zero dziewięć, a Anna z prawdopodobieństwem zero dziewięć i trzy.
- Czekam na pełne sprawozdanie - rzucił Loop i wyłączył się.
Dopiero teraz mógł wezwać do siebie Torfa, szefa telewizji. Czekając na jego przybycie jeszcze raz zastanawiał się nad sytuacją. Przyszło mu do głowy, że ludzi, którzy robili badania na temat wyborów należy natychmiast wysłać gdzieś daleko. Postanowił ich wysłać na Marsa. Akurat skończył załatwiać tę sprawę, kiedy przyszedł Torf.
- Telewizja informuje o losach gości z "Feniksa"? - zapytał, kiedy tylko Torf usadowił się w fotelu.
- Tak, jak o wszystkich ciekawszych osobach.
- Lara dąży prawdopodobnie do nowych wyborów. Należy podjąć odpowiednie kroki. To twoja działka.
- Wybory? - zdziwił się Torf - Nie widzę kandydatów.
- Pet i Anna.
- Nie przejdą.
- Przejdą. Mam wyniki badań. Rozpoczniesz od zaraz Akcję Błysk.
Akcja Błysk polegała na puszczaniu niezauważalnych dla oka napisów, które po pewnym czasie utrwalały się w pamięci odbiorców i stawały się ich poglądami. Był to klasyczny fragment poprzedzający wszelkie większe przedsięwzięcia Tajnej Rady.
- Lara szybko się w tym połapie. Tu trzeba czegoś mocniejszego.
- Na razie nic innego nie będziemy mogli zrobić. Poza tym liczę na twoją propagandę. Przedstawiaj ich jako dwójkę sprawiedliwych. Podkreślaj ich zalety. Głównie te ogólnoludzkie. Jednocześnie chcę, żebyś wpajał ludziom, że do rządzenia potrzeba również innych cech. Możesz chyba zmontować jakieś filmy historyczne, w których dasz analogię. Najlepiej z ich czasów. Wmieszaj w to nieudolność rządów itp. Chcę, żeby ludzie odnieśli wrażenie, że Pet i Anna są wspaniali, że są świetnymi pilotami, że mają wyrafinowany smak, wielki altruizm i wszystko, co tylko myślisz. Ogólne wrażenie musi być takie, że się nie nadają do rządzenia Systemem. Znajdź również trochę ich nietaktów. Muszą popełniać jakieś niezręczności. Wmieszaj je do swoich humoresek. Tylko dyskretnie. Żeby to nie wyglądało nachalnie. Zrób z nich parę komików. Nikt nie wybierze komików na władców.
- Słowem, chcesz mieć parę przysłowiowych naukowców. Wspaniałych, tylko nieżyciowych. Wciąż bujających w gwiazdach?
- Tak. Tylko żadnej reklamy lotów pozasłonecznych. Może być trochę o zdobywaniu przestrzeni, ale podkreślaj tylko trudy tego przedsięwzięcia. Jego koszty. Powiedz, że to obniży standard życia. Podkreśl zwłaszcza fakt, że dane są dostarczane po wiekach, że służą tylko garstce naukowców.
- Jutro ci przedstawię szczegółowy program - odparł Torf. A ponieważ Loop nic już nie mówił, więc wstał i pożegnał się.
Zaraz po jego wyjściu Loop również podniósł się ze swego miejsca. Dopiero teraz zauważył, że jest dziwnie podniecony. Tajna Rada zawsze prowadziła ze sobą różne rozgrywki i nigdy nie informowano o tym ludzików. Oficjalnie wszystkie decyzje podejmowano jednogłośnie i po konsultacji za pośrednictwem działu kontroli opinii publicznej. Tylko że wcześniej Rada zapewniała sobie takie, a nie inne opinie swoich obywateli. Prawdziwe dyskusje odbywały się w gronie Nowych Ludzi. Reszta była tylko tłem bez twarzy. Loop przeszedł do swoich pokoi i rozkazał, żeby mu nie przeszkadzano. Przez chwilę leżał na swoim łóżku starając się nie myśleć o niczym.
Wreszcie połączył się ponownie z Emmą.
- Co byś powiedziała na małą przechadzkę, na zewnątrz? - zapytał.
- Mam robotę - przypomniała mu Emma z uśmiechem.
- Twoi ludzie ją mają.
- To rozkaz? - zapytała z przekornym uśmiechem.
- Prośba.
- Zaraz będę - usłyszał jej głos w gasnącym ekranie.
- W końcu mnie również coś się należy od życia - pomyślał, choć nie był o tym do końca przekonany. Wiedział natomiast, że Emma pomoże mu zapomnieć o kłopotach. W końcu był tylko człowiekiem.

* * *

Kuffa siedział wygodnie rozłożony w fotelu kawiarenki "Feniksa" i ze znawstwem sączył ofiarowany mu trunek. Był to pierwszy człowiek, na którym widać było działanie starości. Całą twarz miał w zmarszczkach, przykrytych tylko u góry siwymi włosami. Tym pozorom przeczyły jednak oczy - sprytne, żywe i świadczące o wielkim wigorze ich właściciela. Nikt nie palił się do rozpoczęcia rozmowy. Na samym wstępie Kuffa próbował ich sondować telepatycznie, ale oczywiście nie przebił się przez blokadę. Czynił to bez przekonania. Widocznie słyszał od Lary, że są jedynymi osobami na Ziemi, z którymi nie można nawiązać kontaktu telepatycznego i chciał to sprawdzić osobiście.
- Chciałem się z wami zobaczyć zaraz po waszym przylocie - zaczął.
Pet z Anną przyjęli wyraz uprzejmego zdziwienia ludzi, którzy doskonale zdają sobie sprawę, że są kuriozum wzbudzającym u większości chęć osobistego obejrzenia.
- Jesteście przecież kopalnią wiadomości historycznych - dodał.
- Słyszeliśmy dużo o panu, profesorze - stwierdziła uprzejmie Anna. - Jest pan człowiekiem zajętym.
- Nie o to chodziło. Chciałem, żebyście najpierw poznali nasz świat.
- Jesteśmy tu zbyt krótko - zaoponował Pet. Dalszą rozmowę przerwał im sygnał technika z maszynowni, który informował, że zakończono instalowanie silników grawitacyjnych. Anna kazała im wracać do wieży. Nareszcie zostali sami. Pet spojrzał na nią z uśmiechem i nadał telepatycznie:
- Lara jest jednak dobrym graczem. Poczekała aż sami skończą.
- Może naprawdę nie wie o wizycie Kuffy. Mogła się jej spodziewać, ale nie znała dokładnej daty.
- Możliwe - zgodził się Pet. - Chciał pan, żebyśmy poznali Ziemię - przypomniał Kuffie na głos.
- Właśnie. Lara nalegała żebym się z wami zobaczył zaraz po waszym przylocie do Sydney, ale chciałem wam zostawić trochę czasu na oswojenie się z nowym otoczeniem. Zakładam, że już trochę słyszeliście o mnie?
- Niewiele - odparła Anna - szepcze się po kątach o Kontestatorach, ale Lara nie mówiła nam wiele na ten temat.
- Nie dziwię się. - Kuffa uśmiechnął się do swoich myśli, co nadało jego twarzy dobrotliwy wygląd.
- Wygląda, jak ta cała zgraja z rządu za naszych czasów - podsumował go telepatycznie Pet.
- Założę się, że specjalnie stara się wyglądać staro, żeby wzbudzać większy szacunek u ludzi. Pozuje na tutejszego Nestora - odparła Anna również telepatycznie.
Pet uśmiechnął się do niej w myślach. Ich poglądy były najwyraźniej podobne.
- Jestem niezbyt popularny wśród Nowych Ludzi - dodał Kuffa. - Co sądzicie o naszej Ziemi? - zapytał po chwili.
- Z początku trochę nas niepokoiła. Teraz już się wciągnęliśmy.
- Sprawdziła się stara maksyma, że nic tak nie odpędza złych myśli jak praca - dodała Anna.
- Taak. Lara miała dobry pomysł, żeby wam powierzyć flotę - przytaknął Kuffa.
- Czemu Tajna Rada wciąż zachowuje ten śmieszny przymiotnik? - zapytał Pet. - Od początku mnie to frapuje - wyjaśnił, widząc zdziwione spojrzenia obojga rozmówców.
- Musiałeś się bardzo męczyć - wyczuł współczujący ton Anny w swoich myślach. - Biedaku. Trzeba było mi o tym powiedzieć. Zapytałabym kogoś - dodała nie kryjąc drwiny.
- To stara historia - odparł zaskoczony Kuffa. - Tak naprawdę nikt na to już od wieków nie zwraca uwagi. Nazwa pochodzi z czasów Herstha, kiedy Rada urzędowała jeszcze na Marsie. Z przyczyn bezpieczeństwa była ona rzeczywiście tajna.
- Pan musi mieć dostęp do wszystkich materiałów, o których nie wspomina się w oficjalnych programach historycznych. Chciałabym, żeby opowiedział nam pan coś o tych sprawach.
- To zależy, co was interesuje. Wielu rzeczy chciałbym się dowiedzieć od was. Na przykład nie wiem, czy ktoś wam mówił, że nie jesteście pierwszą wyprawą, która powróciła na Ziemię w czasach Wielkiej Zmiany.
- Naprawdę? - zdziwili się jak na komendę Pet i Anna.
- Wrócił statek o nazwie "Jedność". To było dawno temu. Korn i jego ludzie przyjęli bardzo źle nasz świat. Korn był dowódcą wyprawy.
- Co się z nimi stało? - zapytał Pet.
- Nic. Umarli po czterdziestu latach.
- Jaki delikatny. Nie chce nastraszyć - stwierdził Pet.
- Czemu wstrzymano loty pozaukładowe? - zapytała Anna. - Nikt nam nie może tego wytłumaczyć. Ciągle mówi się o Wielkiej Zmianie. O nieopłacalności. To mnie nie przekonuje.
- Właśnie - Kuffa najwyraźniej ożywił się. - Między innymi i o tym chciałem z wami mówić. Co sądzicie o ludziach?
- Myślisz o Larze i Tajnej Radzie? - zapytał Pet.
- Nie. O zwykłych mieszkańcach wież.
- Są zrezygnowani. Nie mają żadnego celu życia. Wiedzą, że Nowymi Ludźmi zostaną w najlepszym wypadku ich dzieci. Ponieważ zaś dzieci są wychowywane osobno, więc szukają sobie za wszelką cenę substytutów.
- Brak zainteresowania jakimiś większymi wartościami. Czy ja wiem, sztuką, literaturą - Anna przez chwilę zastanawiała się nad sformułowaniem swoich myśli. - To, co się ogląda w telewizji jest raczej żenujące. Poziom artystyczny żaden. Oczywiście w porównaniu z tym, czego mogliśmy się spodziewać po tylu tysiącach lat nieobecności. To właściwie wcale nie różni się od programów z naszych czasów. Nauką zajmują się też tylko Nowi Ludzie. Reszta może zostać co najwyżej technikami, jak ci, który niedawno zeszli ze statku. Wreszcie dzicy ludzie w dżungli są dla mnie czymś nieludzkim. Nie potrafię tego zrozumieć.
- Macie absolutną rację - przytaknął im Kuffa. - Jesteśmy w pełnej dekadencji. Cofamy się w rozwoju. Czy wiecie, że od tysiąca lat nie dokonaliśmy żadnego zasadniczego odkrycia naukowego. Ostatnim, było opracowanie teorii grawitacji i zbudowanie silników kosmicznych opartych na niej.
- Konserwatyzm jest posunięty tak daleko, że nikomu nawet nie przyszło do głowy zmienić nazwy Tajnej Rady na, chociażby, Radę - dodała Anna.
- Spokojnie, dziewczyno. Nie daj się sprowokować. Niech najpierw sam wyciągnie wszystko, co chce powiedzieć. Potem się ustosunkujemy - przypomniał jej Pet telepatycznie, a na glos dodał:
- Nie bardzo rozumiem, jak można żyć ciągle na bazie rozkoszarium, domów snów, czy wideo - walk.
- Poziomy rozrywki powstały właśnie po to, żeby ludzi czymś zająć - wyjaśnił Kuffa. - Faktem jest jednak, że od dwustu lat zmniejsza się liczba nowych użytkowników rozkoszarium, a wzrasta liczba zwolenników domów snów. U wielu stało się to nałogiem. Po przydziałowych dwóch godzinach pracy od razu zasypiają. Wideo - walki straciły swe powodzenie jeszcze wcześniej, kiedy zlikwidowano sceny morderstw. Dochodziło bowiem do licznych napadów w wieżach. Trzeba było konsekwentnie przestrzegać zasady całkowitego zablokowania informacji na tematy śmierci, wojny i przemocy. Wystarczają nam kłopoty ze wspomnieniami dzikich po każdym Naborze.
- Na czym to polega? - zainteresował się Pet.
- Wielu z nich tracimy przez zbyt silne wspomnienia z ich poprzedniego życia. Konflikt między ich pragnieniem powrotu i zakazami hipnozy prowadzi w wielu wypadkach do odchyleń psychicznych. To jest oczywiście do wyleczenia, ale co najmniej na dwa pokolenia zatrzymuje w rozwoju daną linię.
- Czemu więc nie dać dzikim tych samych praw, które mają wszyscy mieszkańcy wież? - zapytała Anna.
- Obciążenia przeszłości. Kolejne Rady realizują dokładnie zalecenia Herstha o harmonijnym rozwoju. Celem nadrzędnym jest Wielka Zmiana.
- Przecież to będzie trwało jeszcze tysiące lat - zauważył Pet.
- Walczę z tym konserwatyzmem już prawie sto lat. Jak dotąd dorobiłem się jedynie nieufności Tajnej Rady, i większej części Nowych Ludzi. Oni nie chcą żadnych zmian, bo jest im bardzo dobrze. Porównują się tylko do ludzi z niższych poziomów: tych, co śpią w domach snów, czy siedzą w rozkoszarium.
- Jest ich trzydzieści tysięcy. Ludzkość zaś liczy kilka miliardów - powiedziała z naciskiem Anna.
- Niespełna pięć. Tylko że już dawno przestano myśleć o ludzkości. Może Tajna Rada bierze te sprawy jeszcze w miarę poważnie, ale reszta Nowych Ludzi zajmuje się wyłącznie walką o wpływy.
- Nic o tym nie słyszeliśmy - zdziwił się Pet.
- Oficjalnie telewizja nie podaje nic z tych rzeczy do wiadomości publicznej. Walki Nowych Ludzi są gwałtowne i krwawe, ale zawsze obie strony przestrzegają jednej żelaznej zasady: człowieczkowie nic o nich nie mogą wiedzieć. To samo tyczy się Tajnej Rady. Decyzje zapadają jednak zawsze jednomyślnie. Potem bywa oczywiście różnie z ich wykonywaniem, ale wszyscy są przekonani, że życie w wieżach toczy się gładko i bez zakłóceń w kierunku Wielkiej Zmiany.
- Czy nikt nie ma dość takiego życia? - zapytała Anna.
- Ja i trochę moich zwolenników. Jest nas zbyt mało. Zaledwie siedemdziesiąt tysięcy. Zresztą Tajna Rada stosuje na wielką skalę bądź bezpośrednią hipnozę pod pozorem kursów uzupełniających wiedzę, bądź sławną Akcję Błysk. Nie mamy praktycznie żadnej szansy. Moi zwolennicy utrzymują się w takiej liczbie tylko dlatego, że zabroniłem im oglądać telewizję, korzystać z domów snów i zaleciłem jak najrzadsze korzystanie z hipnotycznego uzupełniania wiedzy.
- Co to jest ta Akcja Błysk? - zainteresował się Pet.
- System indoktrynacji, stary jak telewizja. Puszcza się napisy z pożądanymi treściami, które, niezauważalne dla oka, atakują bezpośrednio podświadomość.
- Chyba już wiesz, co musimy zrobić? - nadała telepatycznie Anna. - Ciągle traktujemy ich jak naiwniaków, a przecież od pierwszej chwili wiemy, jakie są ich rzeczywiste zamiary.
- To chyba kompleks Ziemi, moja droga - odparł tą samą drogą Pet. - Podświadomie nie chcemy, żeby byli tak bardzo źli.
- Widzę, że to was zaszokowało - Kuffa podsumował na swój sposób ich milczenie i lekko zaniepokojone miny.
- Troszeczkę - przytaknęła zmieszana Anna.
- Mogę spróbować przekonać Larę do podjęcia kilku lotów pozaukładowych - odezwał się nagle zdecydowanie Pet. - Ludziom potrzeba jakiegoś celu. Nie mogą przecież wiecznie tkwić w tym kokonie Tajnej Rady.
- Nie zgodzi się nigdy - zaoponowała Anna. - Pamiętasz, że już z nią rozmawialiśmy na ten temat po przylocie.
- Anna ma rację - dołączył się Kuffa - Tajna Rada nigdy się na to nie zgodzi. Zawsze jednak możecie przekonywać do tego pomysłu waszych pilotów.
- Ich nie trzeba przekonywać - stwierdził autorytatywnie Pet.
- W każdym razie należy jeszcze poczekać, orzekł Kuffa bynajmniej nie zdziwiony usłyszanym stwierdzeniem. Najwidoczniej dobrze przygotował się do tej rozmowy.
- Teraz przejdzie do meritum - nadała Anna. - Dałeś mu do ręki naszą wspólną tajemnicę, o której wiemy tylko my troje.
- Spokojnie, dziewczyno - odparł Pet. - On nie jest wariatem. Jeszcze pociągnie trochę na tym temacie.
Rzeczywiście, Kuffa przez dłuższą chwilę jakby trawił usłyszaną od Peta wiadomość i najwyraźniej zastanawiał się nad dalszym postępowaniem. Marszczył przy tym czoło, przez co uwidoczniły się jeszcze bardziej jego zmarszczki. Wyglądał teraz jak senator jakiegoś starego mocarstwa. Pet i Anna żałowali nawet trochę, że tylko ich dwoje na Ziemi może dzisiaj docenić wysiłek, jaki Kuffa wkładał w nabranie tego dostojnego wyglądu. Najwyraźniej jednak robił on wrażenie na zwykłych ludziach tak samo, jak przed tysiącami lat. Rady człowieka starszego, o nobliwym wyglądzie są zawsze przyjmowane z większym szacunkiem i wiarygodnością niż rady młodzika. W końcu Kuffa zdecydował się mówić.
- Gdyby tylko wasi piloci mogli decydować? - zadumał się na głos. Miał niewątpliwie olbrzymie zdolności aktorskie.
- Z pewnością musi być jakiś sposób - Anna przyjęła identycznie ten sam ton.
- Nie szarżuj, dziewczyno - upomniał ją bezgłośnie Pet.
- Do wyborów dopuszczani są tylko Nowi Ludzie, a tych jest niewielu wśród pilotów - zauważył Kuffa, już bardzo rzeczowym tonem.
- Czy twoi Kontestatorzy nie mogliby zażądać wyborów powszechnych? - zainteresował się Pet.
- Jest was przecież siedemdziesiąt tysięcy - poparła go Anna.
- Istnieje taka możliwość. Przynajmniej w teorii - Kuffa westchnął bez przekonania. - Hersth wspominał w swoim testamencie o możliwości referendum powszechnego w przypadku podejmowania decyzji dotyczących całej ludzkości. Skorzystano z tego punktu tylko raz, przed dwoma tysiącami lat, w celu zatwierdzenia eutanazji u dzikich. Była to zresztą formalność, bo stosowano ją i tak od samego początku. Wątpię nawet, żeby ktokolwiek, oprócz może Tajnej Rady i jeszcze kilku osób, wiedział o takiej możliwości dzisiaj.
- Loty pozaukładowe dotyczą całej ludzkości - zauważyła Anna.
- Od tysiąca lat prowadzona jest propaganda mająca na celu ich dyskredytację. Wątpię, żeby dzisiaj ktokolwiek poza waszymi pilotami rozważał poważnie taką możliwość. Chyba nawet moi ludzie nie zaakceptowaliby jej od razu.
- Czyli nie można nic zrobić - Pet popadł najwyraźniej w rezygnację.
- Tego nie powiedziałem - zaoponował Kuffa.
- Urabia nas, jak chce - nadała Anna z zadowoleniem.
- Co pan przez to rozumie? - zainteresował się Pet z nadzieja.
- Moglibyście starać się przekonać ludzi. Na początek Kontestatorów. Później można by pomyleść o innych - podsunął im Kuffa niepewnym głosem.
- Nie będą chcieli słuchać - przypomniała mu Anna. - Dla was jesteśmy mimo wszystko troglodytami.
- Nie doceniacie siebie - stwierdził Kuffa i tym razem w jego głosie słychać było nie tylko szczerość, ale także coś na kształt szacunku pomieszanego z obawą. - Nie znam wyników ostatnich badań, ale zapewniam was, że jesteście co najmniej tak samo popularni jak ja. Może nawet nie ustępujecie Tajnej Radzie.
- To już chyba lekka przesada - zauważył Pet.
- Zarumień się trochę - nadała Anna, śmiejąc się bezgłośnie. - Musisz być skromniejszy.
- Być może - zgodził się łaskawie Kuffa.
- Poza tym, jak mielibyśmy to zrobić? Nie mamy przecież dostępu do telewizji - Anna dalej robiła wrażenie nie przekonanej do pomysłu.
- Zorganizuję wam serię spotkań z moimi ludźmi - zaproponował Kuffa. - I tak zwiedzacie różne wieże. Nie wzbudzi to niczyich podejrzeń.
- Uwaga - nadał Pet. - Nie zapominaj, że mamy być posłuszni wobec Rady, a przede wszystkim Lary.
- Załatwię z Larą, żeby wydała zgodę na takie spotkanie - uspokoił ich Kuffa, wykazując godną podziwu przenikliwość. A przecież z pewnocią nic nie wiedział o machinacjach Rady z hipnotyzerami.
- Jeżeli tak, to osobiście zgadzam się. Anna bezgłośnie przytaknęła Petowi głową.
- Czy sądzi pan, że ktoś weźmie nas na poważnie po dwóch tysiącach lat pełnego zastoju? - zapytała po chwili.
- Z pewnością. Jest to zaleta systemu kastowego. W opinii ogółu należycie do najlepszych z Nowych Ludzi. Wasze słowa zostaną przyjęte bez większych zastrzeżeń.
Następnie rozmawiali jeszcze przez godzinę o szczegółach akcji. Pet i Anna mieli przecież obowiązki, których nie mogli w obecnej sytuacji zaniedbać. Musieli dopilnować przede wszystkim budowy generatora pola siłowego, który najpóniej w ciągu tygodnia miał zostać uruchomiony w Sydney, a następnie w innych wieżach.
Kiedy już Kuffa wychodził, Pet zadał mu pytanie, które trapiło go od początku rozmowy:
- Jaki jest pana ostateczny cel?
- Dobro ludzkości - odparł Kuffa, patrząc na nich dziwnym wzrokiem. Najwyraźniej pytanie go zaskoczyło. Na chwilę nawet jego senatorska twarz straciła swój majestat pewności siebie.
- Czemu chcecie wracać w Kosmos, w którym już tylu z was zginęło? - Jaki macie w tym cel? - odbił wreszcie piłeczkę.
- Żeby życie i śmierć tych, co zginęli nie była daremna - odparł Pet.
- Biedna ludzkość - nadała Anna ze westchnieniem. - Wszyscy chcą jej dobra. To się musi źle skończyć - dodała, patrząc na odlatujący grawilot Kuffy.
- Przyjmij na razie hipotezę roboczą, że ludzkość to my - nadał Pet, patrząc na nią drwiąco. - I nie zapominaj, że nie mamy w sobie nic z męczenników. To twoje słowa - dodał.
Ludzkość, to my - Anna zamyśliła się nad tymi słowami. - Ktoś już kiedyś mówił coś podobnego.

* * *

Część druga...